Ja to bym wszytskim których nazwiasko nie kończy się na -ski,-ska to bym zabierał obywatelstwo .


I ze mnie chcesz polewke toczyć?? A co z nazwiskami kończącymi się na "icz??

A żeby było śmieszniej - moje brzmi Lachowicz - wiesz co oznaczało kiedyś słowo "lach"??

Historia?? Proszę - nazwisko zostało nadane razem z hebem łodzia po bitwie pod grunwaldem, przodkowie od strony ojca, ktorzy tam walczyli i dostali właśnie to nazwisko i herb "łodzia":



osiedlili się na kresach wschodnich, gdzie z czasem powstało miasto Lachowicze (dzisiejsza białoruś, ale wtedy teren uni polsko litewskiej), miasteczko wspomniane nawet w "Panu Tadeuszu":

Cóż by rzekł na to stary Rejtan, gdyby ożył?
Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył


Chodzi o tego słynnego Rejtana, co kładł sie w drzwiach i rozdzierał koszulę, a w Lachowiczach jest pochowany...

Mój dziadek od strony ojca miał okazję zetknąć się z obydwiema wojnami, dziadek od strony mamy walczył w drugiej wojnie podczas której pod piaśnicą naziści zabili dziadka mojej mamy...chyba to nie było po to, żeby oddać nasz kraj dając wszystkim chętnym obywatelstwo za kilka pieprzonych srebrników??

A wracając do nazwisk o których Ty piszesz, to wybacz, ale albo wogole sie nie zastanawiasz nad swoimi postami, albo rozumujesz jak dzieciak z klas 1-3, bo co zrobiłbyś np, z kimś kto ma na nazwisko "Polak"?? Nie ma końcówki "ski" wiec wypie**alaj?? Bez przesady...

A rozumowanie czemu złe jeśli chodzi o przyznanie obywatelstwa??
Jeżeli OBCOKRAJOWIEC nie zna:

1.)języka
2.)hymnu
3.)przynajmniej ogólnego zarysu historii Polski,

to wypad i nie ma obywatelstwa, koniec, kropka!

W takich stanach jest to wymóg konieczny od dawien dawna, a na przykład już w japoni, jest wymagana znajomość historii, hymnu jak wyżej, ale do tego biegła znajomość języka japońskiego i angielskiego.

A co do wiary...nie każdy nacjonalista, to łysy pajac, co chodzi tłucze wszystko, co inne...ale żeby być - niestety to słowo źle się w tym kraju przez tych łysych oszołomów kojaży - patriotą, trzeba być troszkę nacjonalistą...a kiedy jest to w lekkich granicach to nauka Jezusa tego nie zabrania...

· 

Heh, ale Keyserlingkowie (których herb przecież widnieje nad drzwiami pałacu!) mieli być właśnie tymi złymi, bo nie dość, że ewangelicy, to jeszcze działali w hakacie i czuli się budowniczymi państwa pruskiego i umacniania żywiołu niemieckiego na kresach wschodnich - co z tego, że przyczynili się do znacznego rozwoju miasta, zwłaszcza na przełomie wieków: XIX i XX, dzięki wielu inwestycjom i mecenatowi lokalnych inicjatyw...

Takich przykładów jak Schopenhauer jest wiele. Heweliusz (polski? hehe- gdański astronom) był niemieckojęzyczny, Kopernik znajduje się na 47. miejscu w rankingu der Spiegel na najwybitniejszego Niemca w historii. Z drugiej strony, chyba nie bez kozery, prezydent Hildebrandt przy rocznicy śmierci założyciela miasta - Jakóba Weyhera, wspomina, iż testament napisał był po polsku, bo ród jednak był niemieckojęzyczny (do Ernesta Weyhera nawet wyznania ewangelickiego), co nie przeszkadzało być wiernym, zasłużonym poddanym korony polskiej. Trudno jednak się odnieść do pojęcia narodowości w naszym rozumieniu przed XIX wiekiem, ale to temat na inna dysputę. Utarł się też stereotyp ewangelika-Niemca, ale biskup Bursche (i inni warszawscy ewangelicy), przypłacił swoją propaństwową orientację życiem w więzieniu w Berlinie (choć już ewangelicy uniccy, w przeciwieństwie do ewangelików augsburskich czy staroluteran, z Pomorza czy Wielkopolski byli proniemieckiej orientacji). A ewangelikami były takie znakomitości, bez których trudno byłoby nam budować naszą narodową tożsamość, bo był nim przecież i Piłsudski i uważany za najwybitniejszego polskiego sportowca - Małysz, i najbogatszy polski ród w historii Zamoyskich (kalwini) i uważany wbrew Sienkiewiczowi za najlepszego polskiego władcę w dobie potopu - Janusz Radziwiłł i Przebendowscy (kalwini), von Krockow z Krokowej, pierwszy wybitny polski pisarz - Mikołaj Rey, później Żeromski (choć konwertyta), Pilch, senator Wende, ś.p. poseł UPR Próchno-Wróblewski, jedyny premier III RP, który dotrwał do końca (chyba jedyny człowiek w polskiej polityce, któremu trudno coś zarzucić jako człowiekowi) - Buzek, Wedlowie (ci od czekolady), gen. Rómmel, gen. Anders (choć nie do końca życia), Samuel Linde, Kętrzyński, Janda, minister Beck, adm. Unrug, Bodo, Przybora, Strarzyński, Sławoj-Składkowski, Kronenberg i wielu, wielu innych...., gdy podobne niebezpieczeństwo widzi się, gdy Białorusini kwestionują polskość Orzeszkowej (sic!) bo pisała o ludziach znad Niemna, a przecież Polska doń nie ma dostępu (taka była argumentacja jednej z czołowych białoruskich gazet!), Mickiewicza czy wielu innych Polaków-kresowiaków, którzy nie byli na tyle kontrowersyjni (jak Piłsudski) aby wliczyć ich do swoich nacji, tak jak niektórzy Polacy czynią ze wspomnianymi: Heweliuszem czy nawet Schopenhauerem.

Przepraszam za być może zbytnie odejście od tematu....

Prawda historyczna bywa może bolesna, może niezgodna z wyznawaną ideologią, ale warto jej hołdować, aby znać swoje korzenie, budować swoja tożsamość na solidnych podstawach, choć czasami jej ustalenie czy interpretacja faktów bywa trudne!

Koniec roku 2008 dla członków łańcuckiego Dyskusyjnego Klubu Książki okazał się być godnym zapamiętania. Bo-wiem 12. grudnia w Miejskiej Bibliotece Publicznej doszło do niezwykle interesującego spotkania: przed salą pełną czy-telników stanął historyk, pisarz i miłośnik kultury XVII-wiecznej – Jacek Komuda.
Wydawało się, że do spotkania nie dojdzie. Zebrani cierpliwie czekali na J. Komudę, po czym zaczęli opuszczać salę. Wówczas po klatce schodowej przeszedł głuchy telefon – ‼jest!!, jest!”, a wieść ta spowodowała zmianę decyzji u wycho-dzących i powrót na zajmowane uprzednio miejsca. Autor wpadł zdyszany, lecz widocznym było, że również zadowolony, iż wreszcie dotarł ze stolicy na dzisiejsze kresy wschodnie; ponieważ był już wcześniej w Łańcucie kilka razy, więc mimo ciemności – godzina osiemnasta w grudniu to noc polarna – droga do biblioteki była mu znaną.
Uznany przez wielu za następcę Henryka Sienkiewicza, autor zbiorów opowiadań oraz powieści historycznych: ‼Wil-cze gniazdo”, ‼Bohun”, ‼Galeony wojny” – mieszkańcom Łańcuta opowiedział o Stanisławie Stadnickim, staroście leżą-cej w Inflantach miejscowości Segewold, a której nazwę spolszczono na Zygwult, Panu na Łańcucie, innowiercy do dziś jednomyślnie uznawanego za wcielenie diabła. O tej to dyskusyjnej i ciekawej postaci J. Komuda napisał kolejną swą powieść, zatytułowaną ‼Diabeł Łańcucki”. Trudno się dziwić, iż zebrani domagali się od autora sprawozdania, w jaki spo-sób doszło do napisania książki, i dlaczego, w jakim stopniu akcja została oparta na źródłach historycznych, a ile w niej zawarto fantazji. Okazało się, że autor zbierał rzeczywiste informacje w Archiwum Bernardyńskim we Lwowie (Państwo-we Archiwum Ukrainy), jak również korzystał z podstawowej w tej mierze, udokumentowanej historycznie pozycji – Władysława Łozińskiego ‼Prawem i lewem”. Jednakże na tle rzeczywistych wydarzeń umiejscowił akcję, podczas której Stanisław Stadnicki podlega wymyślonym, acz mogącym istotnie się zdarzyć, wypadkom.
J. Komuda podziela opinię mieszkańców Łańcuta jak i historyków, że była to ‼sztandarowa postać polskiego warchol-stwa” , choć ‼było wielu gorszych od niego”. Zażarty wróg Diabła Łańcuckiego, Łukasz Opaliński starosta leżajski, zda-niem autora miał po prostu lepszą kampanię propagandową, w której wyniku do dzisiejszych czasów wspomina się go jako człowieka prawego, o nieskalanej moralności, zasłużonego na wieki za zabicie Diabła i zniszczenie łańcuckiego Piekła. ‼Stadnicki nie był wielkim bohaterem – jeśli ktoś dawał mu zdecydowany odpór, wówczas odpuszczałâ€ – stwierdził autor. Jednak dzieje Stadnickiego tak zaintrygowały J. Komudę, że przygotowuje się do napisania dalszego ciągu powieści. Ma się ona ukazać pod koniec przyszłego roku.
Wieczór autorski przekształcił się w teatr jednego aktora, kiedy J. Komuda przyoblekł się w strój polskiego szlachcica – kontusz i delię, i przypasał szablę. Rozmowa zeszła na interesujące autora, jak i wielu zebranych, sprawy bractw rycer-skich, pielęgnujących tradycje Polski szlacheckiej. Okazało się, że pośród zebranych znajdują się rycerze średniowieczni, również – jak J. Komuda – znający się na zbrojach, fechtunku i broni oraz – koniach. Wymieniono niezbędne dla obu stron informacje jak i adresy. Dzięki tej pasji J. Komuda świetnie opanował pojęcia związane z XVII-wiecznym strojem, ówcze-sną bronią, pożywieniem, zwyczajami, jak również wszelkie słownictwo, także – przekleństwa. Powieść ‼Diabeł Łańcuc-ki” przepełniona jest tymi detalami; umiejscawiają one realnie, wręcz namacalnie, akcję w Rzeczypospolitej Szlacheckiej.
Po przymierzeniu się czytelników do szabli pana Komudy – kontusz nie cieszył się takim zachwytem – pobiegli oni po książki oraz wszelkie kartki, po czym ustawiwszy się w kolejce odbierali autografy autorskie, opatrzone herbem rodo-wym J. Komudy. Wieczór uwieńczyło kilka miłych chwil: wspólna fotografia, jak również obdarowanie autora upomin-kami – starostwo Łańcut podarowało J. Komudzie kilkanaście potrzebnych adresów, jak również album o Łańcucie, nato-miast MBP wręczyła pięknie oprawione zdjęcie autorstwa znanego w kraju fotografika – Edwarda Sońskiego, przedstawia-jące Modrzewiową Aleję w Julinie, po której ciemnymi nocami pędzi na czarnym koniu Stadnicki. Okazało się, że Diabeł widziany był także na ulicy Jagiellońskiej – w bezpośredniej bliskości Biblioteki oraz pod Spichlerzem w Brzózie Królew-skiej. Jacek Komuda słysząc te wieści przypomniał sobie, że spóźnił się dlatego, iż na dworcu PKP w Rzeszowie pociąg potrącił jakiegoś podróżnego. ‼To Diabeł zadziałał, żeby Pana nie dopuścić do Łańcuta!” – stwierdzili zgodnie zebrani.

Irena Ślizga
Dyskusyjny Klub Książki

Wszyscy udzielający się na tym Forum w jakiejś części są lwowianami. Jedni przez pochodzenie (po dziadkach lub rodzicach), inni z zamiłowania. Część Osób trafiła tu wyłącznie z pobudek kolekcjonerskich, jednakże kwestia polskości Lwowa nie jest dla nich sprawą zupełnie obojętną. Niezależnie od tego, jaki był faktyczny powód naszej rejestracji i dalszej aktywności na Forum, niezaprzeczalny jest fakt, iż mamy na uwadze dobro Królewskiego Miasta Lwowa i mieszkających w Nim do dziś Polaków. Nie ważne, czy bardziej lubimy Pogoń, Czarnych, czy Spartę. Wszystkich nas pochłonęła ta niesamowita atmosfera dawnego Lwowa, której jednym z owoców było wydanie na świat pierwszych na ziemiach polskich klubów sportowych (piłkarskich). Nie czas i miejsce, aby roztrząsać, kto jest „Pogoniarzem”, czy „Powidlakiem”, gdy Stolica Wschodniej Małopolski i cała Ziemia Lwowska jest poza Macierzą.
Tematyką lwowską interesują się nieliczni, przynajmniej na Ziemiach Odzyskanych. Aż strach pomyśleć, co stanie się z Pamięcią o Mieście Zawsze Wiernym Rzeczypospolitej, gdy wymrą ostatni zrodzeni za Linią Curzona. Winni takiego a nie innego obrotu sprawy jesteśmy w dużej mierze my sami (w wielu domach zapomniano o swoim lwowskim rodowodzie) oraz rządy polskie po 1989 r., które niewiele czynią na rzecz podkreślenia polskości Grodu nad Pełtwią. Należy pamiętać, że Lwów Lwów NIGDY nie opuścił, ani tym bardziej NIGDY nie zdradził Polski, lecz ku zaskoczeniu większości Polaków znalazł się poza Nią. Nie możemy zapomnieć o Mieście, które dla Naszej Ojczyzny nie raz decydowało się zapłacić największą cenę, cenę krwi. W związku z tym apeluję do Wszystkich Osób, którym zależy na obronie polskości „Miasta jak Brylant”, aby przyłączyli się do akcji/inicjatywy: „LWÓW TO POLSKA!”
Nasza akcja nie będzie polegała tylko na dawaniu opisów na gg, czy naszej-klasie „Lwów to Polska!”. Zależy nam na propagowaniu polskości Stolicy Galicji w sposób rzeczywisty, tj.: przez:
1) pisanie artykułów (naukowych lub do prasy)
2) nawiązanie bliższej współpracy ze środowiskami lwowskimi (tj. Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, Instytut Lwowski, etc.)
3) edukację młodzieży (tworzenie kółek Miłośników Lwowa, współogranizowanie turniejów piłkarskich w szkołach podstawowych, gimnazjach oraz ponadgimnazjalnych na cześć polskich Lwowskich Klubów Sportowych, etc.)
4) wydawanie pamiątek sportowych (tutaj wykazać będą mogli się "kolekcjonerzy").
Jeśli chodzi o tzw. "akcesoria kibicowskie", to na początek zamówić można byłoby czytelne (i zarazem jednoznaczne) koszulki/polówki oraz bluzy (np. w kolorze czarnym, czyli na znak żałoby po utraconym Lwowie, z białym napisem z tyłu „LtP!” oraz na przodzie z Godłem RP i Herbem POLSKIEGO Lwowa). Pomyśleć można byłoby też i w końcu nad stworzeniem flagi, którą można byłoby wieszać na meczach Reprezentacji Polski (nie tylko w piłkę nożną) z hasłem „Lwów to Polska!” albo „Lwowska Emigracja” (tak jak pisałem na początku, wszyscy w jakimś stopniu jesteśmy lwowianami). Czekam na opinie z Waszej strony. Pozdrawiam serdecznie! LWÓW TO POLSKA!

Michał „Lemberg”

P.S. 1: Moje osobiste spostrzeżenie: nie wszystko od razu, spokojnie, należy działać "krok po kroku". Najważniejsza jest sama akcja i Pamięć o POLSKIM Lwowie a nie wydawanie "gadżetów".
P.S. 2: Każdy niech propaguje polskość Lwowa w sposób, jaki umie najlepiej. Jedni lepiej piszą, inni mają lepszy zmysł organizatorski, jeszcze innym świetnie wychodzi projektowanie akcesoriów kibicowskich.

· 

Wędrówka po Szopienicach

Szopienice są dość rozległą terytorialnie dzielnicą, dlatego polecamy trzy trasy zwiedzania.
Pierwszą wędrówkę proponujemy zacząć od zwiedzenia VI Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Długosza. Następnie idziemy wzdłuż ulicy bpa H. Bednorza, gdzie zobaczymy zabudowania starego browaru, "Starą Aptekę", kilka secesyjnych kamienic. Ulicą Melchiora Wańkowicza docieramy do poczty (można przy okazji wysłać pocztówkę!) i parku. Po krótkim odpoczynku udajemy się na ulicę Morawy, skąd już tylko parę kroków do wspaniałego klasztoru sióstr boromeuszek na ulicy Brynicy, a także cmentarza z mogiłą powstańców. Ulicą Brynicy wracamy do rynku, po drodze można zaglądnąć do sklepów, a w końcu w restauracji Marta posilić się i odsapnąć przed następnym spacerem.
Druga trasa prowadzi z rynku przez niewielki park i ulicę Kantorówny do ul. Morawy ze starymi domkami hutniczymi. Przechodzimy nad stawem Morawa i kierujemy się w stronę tzw. "drugich Szopienic", do ulic Szabelnianej i Wytapiaczy, skąd można zobaczyć charakterystyczny pejzaż huty "Szopienice". Pieszo lub tramwajem nr 14 docieramy do osiedla Dwór i Ratusza. Rarytasem na ulicy Wiosny Ludów jest pokaźnych rozmiarów płaskorzeźba na budynku tuż przy kościele św. Jadwigi. Jesteśmy znów w punkcie wyjścia, skąd wyruszamy w ostatnią podróż w kierunku Huty Szopienice.
Najpierw zwiedzamy kościół św. Jadwigi, później Ogród Dworcowy i Park Olimpijczyków. Na ulicy 11 Listopada możemy zobaczyć boisko, na którym w przeszłości ćwiczyli swą tężyznę fizyczną członkowie gniazda Sokoła.
Idziemy dalej ulicą Lwowską i po obu jej stronach widzimy stare familoki - domy wybudowane dla rodzin hutniczych. Obok położonego za familokami biurowca huty "Szopienice" można zobaczyć obelisk upamiętniający powstanie pierwszej huty cynku "Wilhelmina" w 1834 r. Po drugiej stronie ulicy widzimy duży magazyn handlowy "Selgros", miejsce zaopatrzenia właścicieli sklepów. Ulicą Krakowską możemy wybrać się jeszcze do zamku w przysiółku Pritwitz, należącego niegdyś do dyrektora spółki "Spadkobiercy Gieschego". Z jednego z przystanków autobusowych na skrzyżowaniu przy Selgrosie odjeżdżamy z powrotem do Szopienic, bądź też do Katowic lub Nikiszowca i Giszowca.

TRASA 1: Wokół centrum
VI Liceum Ogólnokształcące



Gmach VI Liceum Ogólnokształcącego wybudowano w 1904 roku, a rok później otwarto tu szkołę żeńską. Płaskorzeźba nad wejściem do budynku informuje nas, czego uczyły się tu prababcie współczesnych Szopieniczan. Otóż zgodnie z tradycją szkół na Śląsku głównym elementem wykształcenia dziewcząt była sztuka prowadzenia domu!
Podczas III powstania śląskiego budynek był siedzibą sztabu powstańczego z dowódcą Wojciechem Korfantym na czele. Fakt ten upamiętnia tablica przy wejściu oraz obelisk wzniesiony w roku 1992 na miejscu dawnego pomnika Powstańca Śląskiego, zburzonego w 1939 r. Po II wojnie światowej z inicjatywy dyrektora Mariana Mieleckiego w roku 1947 powstało tu liceum ogólnokształcące. Jak uczniowie bardzo są przywiązani do tej kameralnej, przyjaznej dla młodzieży szkoły, niech świadczy spotkanie w maju 2001 r., jakie zorganizowali po pół wieku od zdania egzaminu dojrzałości pierwsi maturzyści VI LO!
Warto zobaczyć izbę regionalną, czyli szkolne mini-muzeum, wpisane do rejestru małych muzeów w Strasburgu. W izbie znajdują się tradycyjne stroje śląskie oraz dziś sprawiające wrażenie nieco egzotycznych przedmioty codziennego użytku. Wszystkie eksponaty są darem mieszkańców Szopienic oraz rodzin uczniów szkoły.
W roku 2001 za liceum wybudowano nowoczesną salę gimnastyczną, pięknie harmonizującą z zabytkową budowlą szkoły. Teraz młodzież ma warunki kontynuowania tradycji wielkich sportowców wywodzących się z VI Liceum: Janusza Sidły, Jana Olesińskiego i Mirelli Gawłowskiej.

Stary browar


Browar braci Mokrskich w 1911 r.

Największą atrakcją ulicy bpa H. Bednorza są zabudowania starego szopienickiego browaru. Zespół stanowi jeden z najlepiej zachowanych zakładów przemysłu spożywczego na Górnym Śląsku. Obecnie gospodarzem obiektu jest firma Bros-Markt.
Browar braci Mokrskich w 1911 r. - widok od ul.Obrońców Westerplatte
Browar został założony w roku 1880 przez Petera Mokrskiego.
W zakładzie produkowano piwo, słód oraz w firmowej kantynie prowadzono sprzedaż piwa. Po I wojnie światowej zakład wykupiły konkurencyjne browary w Zabrzu i Tychach. Nowi właściciele zrezygnowali z produkcji piwa, lecz w dalszym ciągu w zakładzie wytwarzano słód oraz znajdowała się tu rozlewnia wina i spirytusu. W 1937 r. wskutek zadłużenia firmę postawiono w stan upadłości, który trwał do roku 1947, kiedy to przedwojenni właściciele, bracia Porębscy, odzyskali zakład. Do 1989 r. zabudowania służyły jako magazyny, a w roku 1991 zakupił je Johannes Bros. Nowy właściciel z wielką starannością prowadził prace remontowe, dbając o zachowanie szczegółów architektonicznych z przeszłości. Od roku 1992 zabytek znajduje się pod ochroną konserwatora. Obecnie pomieszczenia wynajmują hurtownie.
Kamienice przy ulicy Bednorza
Ulica bpa Herberta Bednorza to wizytówka Szopienic - zielona, szeroka, z wieloma pięknymi, secesyjnymi kamienicami.
Naprzeciw browaru znajduje się budynek najstarszej szopienickiej szkoły podstawowej, liczący sobie 120 lat. Dziś już niewielu mieszkańców kojarzy sobie ten obiekt ze szkołą. Teraz znajduje się tu bank, solarium, bar, PZU, sklepy, przychodnia stomatologiczna, punkt fotograficzny.

Stara apteka



Nieco dalej, po tej samej stronie ulicy znajduje się ładna willa, mieszcząca na parterze wydawnictwo i hurtownię katolicką "Emmanuel". Naprzeciw widzimy "Starą Aptekę", znajdującą się w pięknie odrestaurowanej kamienicy. Za kościołem ewangelickim zobaczymy efektownie prezentujący się budynek pod numerem 22. Przy odrobinie szczęścia być może uda się nam wejść do korytarza klatki schodowej, gdzie znajdują się secesyjne malowidła ścienne o idyllicznym charakterze: rodzajowe scenki pełne amorków, ptaszków, kwiatów - tak oto nasi przodkowie upiększali swe domy, by móc w nich nie tylko mieszkać, lecz żyć pełnią życia! Te stare domy pokazują współczesnym mieszkańcom bezimiennych blokowisk, jak dawniej dbano o estetykę otoczenia, podwórka, jak bielono piwnice, troszczono się o ład i porządek.
Po drugiej stronie ulicy widzimy budynek Technikum Przemysłu Spożywczego im. Józefa Rymera, pierwszego wojewody śląskiego. Szkoła niedawno obchodziła półwiecze swego istnienia. Młodzież szkoli się tu do zawodów piekarza, cukiernika, masarza, technologa żywienia.

Kościół ewangelicki



Kościół ewangelicki zbudowano w roku 1901 w stylu neogotyckim. Przed II wojną światową ewangelicy stanowili liczną część mieszkańców. Nabożeństwa w świątyni odbywają się w każdą niedzielę. Obok znajduje się budynek plebanii. Po drugiej stronie ulicy widzimy szkołę, która również należała do parafii ewangelickiej. Od roku 1945 ta szkoła podstawowa i gimnazjum służy dzieciom upośledzonym.

Poczta, park i willa Jacobsena

Schodzimy teraz w dół ulicą Wańkowicza, na końcu której zobaczymy budynek poczty, wybudowany w roku 1930. Warto zwrócić uwagę na budynek hali sportowej Hutniczego Klubu Sportowego, która na początku XX w. należała do pana Froinda, Żyda, wynajmującego ją szopienickim sportowcom. Godny uwagi jest sklep mięsny z ciekawymi kafelkami przy ulicy Westerplatte ??. Dalej idziemy do starannie odnowionego po zniszczeniach spowodowanych burzą w 2001 roku parku, gdzie możemy chwilkę odpocząć. Następnie przechodzimy przez bramę w murze, by zobaczyć ciekawą willę Jacobsena, gdzie gościł sam Wojciech Korfanty podczas III powstania śląskiego.

- Gdzie idziesz? - Na Morawę



Schodzimy w dół ulicą bpa Bednorza, by za rzeką Rawą skręcić w ulicę Morawy. Ta najdłuższa szopienicka ulica prowadzi aż do Sosnowca. Często zmieniano jej nazwę - Rejtana, Warszawska, Rybki, lecz w końcu powrócono do tradycyjnej nazwy tej części Szopienic. Tu się zawsze mówiło: "Gdzie mieszkasz?" - "Na Morawie", "Gdzie idziesz?" - "Na Morawę". A dlaczego? Otóż w roku 1832 ludność tej części Szopienic dotknęła zaraza. Choroby, które dziesiątkowały mieszkańców miast, nazywano wówczas "morowym powietrzem". Nieco dalej na ulicy Morawy (trasa nr 2), obok Szkoły Podstawowej nr 44 znajduje się stary krzyż w miejscu zbiorowej mogiły ofiar tegoż moru.
Dzisiejszy wygląd ulicy Morawy odbiega od tego sprzed kilkudziesięciu lat. Zobaczymy tu domy i domki niepodobne do siebie, upiększone przez właścicieli, zadbane i schludne, małe rodzinne sklepiki, gospodarskie obejścia, Szpital Geriatryczny (pomimo wysokiego skażenia terenu, zanieczyszczeń, zadymienia, długość życia mieszkańców Szopienic stanowiła fenomen zadziwiający lekarzy!). Dochodzimy do ulicy Brynicy i skręcamy w lewo, by zobaczyć mogiłę powstańczą na cmentarzu oraz wspaniały - nie tylko ze względu na architekturę, lecz także prowadzoną tu działalność - klasztor sióstr boromeuszek.

Klasztor sióstr boromeuszek



Klasztor Sióstr Miłosierdzia pw. Św. Karola Boromeusza został zbudowany w roku 1898. Od 1925 roku siostry boromeuszki prowadzą tu ośrodek opiekuńczo-wychowawczy dla dzieci. Dzieci mają tu zapewnioną nie tylko opiekę, lecz także ciepło i serdeczność sióstr oraz radość dzieciństwa, a więc tego, czego nie dał im dom rodzinny. Ostatnio wśród podopiecznych znaleźli się mali przybysze z innych krajów, m.in. Bułgarii i Rumunii. Dzieci pozostawione na ulicy tutaj znajdą swój własny dom. Dom funkcjonuje dzięki "dobrym ludziom", jak mówią siostry - ludziom, którzy wspierają finansowo działalność ośrodka.
Za klasztorem znajduje się ogród, można zajść również od tyłu, żeby spojrzeć stąd na okazałą budowlę. Klasztor znajduje się pod opieką konserwatora zabytków. Warto tu przyjść w niedzielę o godz. 900 do kaplicy na mszę, by zobaczyć wnętrze klasztoru.
Klasztor nazywany jest przez zamieszkujące tu dzieci po prostu "domem" .
Jeszcze parę kroków w górę ulicy Brynicy i znajdziemy się na cmentarzu katolickim, zwanym popularnie "na górce". Spoczywają tutaj całe pokolenia szopienickich rodzin. Znajdziemy stare nagrobki z końca XIX i początku XX wieku, napisy po polsku i niemiecku, wreszcie skromną mogiłę powstańczą, gdzie zawsze są kwiaty i płoną znicze. Tu pamięta się o ludziach, którzy kochali tę ziemię i na zawsze pozostali jej wierni.

Fundacja PRO-EKO

Schodzimy w dół aż do ulicy Obrońców Westerplatte, gdzie warto skręcić w prawo, by odwiedzić Fundację Pro-Eko, mieszczącą się pod numerem 30. Przed II wojną światową była tu siedziba samodzielnej wówczas gminy Roździeń. Miała ona charakter rolniczy, o czym świadczy ul w herbie, podczas gdy położone obok Szopienice były osadą przemysłową.
Po II wojnie w budynku miała swą siedzibę Liga Ochrony Przyrody, a w 2001r. wprowadziła się tu Fundacja "PRO-EKO Szopienice", założona w roku 1994. Prowadzi ona edukację ekologiczną, wspiera akcje nasadzeń drzew i krzewów, a wiosną 2002 r. podjęła próbę utworzenia eksperymentalnej plantacji wierzby ekologicznej, zlokalizowanej na terenie składowiska odpadów pocynkowych Huty Metali Nieżelaznych "Szopienice". W ten sposób Fundacja próbuje rewitalizować składowisko, będące "bombą ekologiczną" z opóźnionym zapłonem! Dzięki staraniom Fundacji władze miejskie Katowic uznały tereny wokół zbiorników wodnych Morawa i Hubertus za Zespół Parkowo - Krajobrazowy.
Więcej o działaniach Fundacji można dowiedzieć się z wydawanego przez nią od roku 1995 miesięcznika "Roździeń" lub jej strony internetowej http://www.szopienice.pl.

Sklepy na Obrońców Westerplatte

Po wizycie w Fundacji wracamy teraz ulicą Obrońców Westerplatte do Placu Powstańców. Po drodze możemy tu zrobić zakupy w różnorodnych sklepach: odzieżowym, spożywczym, chemicznym, mięsnym, zoologicznym, cukierni, kwiaciarni, perfumerii, księgarni, jubilerze... To bardzo kolorowa ulica, choć esteta mógłby zarzucić jej wystrojowi kiczowatość. Uszanujmy jednak upodobania właścicieli i mieszkańców.
Wstąpmy do kilku sklepów, aby obejrzeć ich barwny, kafelkowy wystrój. Warto wejść choćby do cukierni pana Szachty (dawniej Chęcińscy) i obok do sklepu z zabawkami (wcześniej był tu bar mleczny). To trzeba koniecznie zobaczyć!



Być może natrafisz na ciekawą wystawę lub imprezę w filii prężnie działającego w środowisku Szopienic Miejskiego Domu Kultury. Dom należał przed II wojną światową do rodziny Koźlików i było tutaj kino "Coloseum" oraz restauracja. Dziś mamy tu bibliotekę z bogatym księgozbiorem oraz pracownie zainteresowań dla dzieci i młodzieży.
Można powiedzieć, że na tym niewielkim odcinku ulicy Obrońców Westerplatte skupia się życie towarzyskie wielu mieszkańców Szopienic. Do tego miejsca przychodzą codziennie ludzie, żeby spotkać znajomych, wymienić się plotkami, a przy okazji zakupić niezbędne artykuły. To nie bezosobowy, bezduszny, ogromny hipermarket, lecz pełne życia małe sklepiki, które niestety przeżywają ciężkie chwile, aby przetrwać.

TRASA 2: Przez Morawę, Szabelnię i Dwór

Park, targ i ulica Kantorówny


Willa z "dachem polskim"

Drugi, najdłuższy spacer rozpoczynamy od przystanku tramwajowego w kierunku Katowic. Mijamy opustoszały, zniszczony budynek, w którym dawniej znajdowało się kino Blask, i wchodzimy do niewielkiego parku z placem zabaw dla dzieci - to takie "Forum Szopieniczanum", częste miejsce odwiedzin mieszkańców dzielnicy! Po lewej stronie znajduje się targowisko, które powstało w roku 1991. Targiem opiekuje się Fundacja Pro-Eko.
Dochodząc do ulicy Kantorówny, zwróćmy uwagę na willę z tzw. dachem polskim podwójnie łamanym oraz położony za nim, przy ulicy Zamenhofa, dom, który zyskał sobie przydomek "amerykański" - dziś ma tu siedzibę m.in. posterunek policji.

Przez park przyszłości

Z ulicy Kantorówny skręcamy w prawo w ulicę Morawy. Po obu stronach ulicy mijamy żółte domki zbudowane dla rodzin hutniczych na przełomie XIX i XX wieku. Nieco dalej, po lewej stronie widzimy szopienicki "Manhattan", czyli osiedle wieżowców, położonych nad stawem Morawa (zwanym potocznie "Balatonem").



Przed dojściem do niewielkiej plaży zobaczymy jeszcze krzyż przydrożny z roku 1832, postawiony tutaj dla upamiętnienia ofiar zarazy. Za krzyżem znajduje się zabytkowa Szkoła Podstawowa nr 44, w której w czasie III powstania śląskiego znajdował się rząd cywilny z Wojciechem Korfantym na czele.
Po krótkim odpoczynku nad stawem Morawa lub w kawiarence "Pod łabędziem" wychodzimy schodami na ulicę Sosnowiecką, gdzie idziemy na prawo, następnie w lewo pod mostem, a tuż za nim - w prawo po nieutwardzonej drodze, którą spacerujemy wśród terenów, planowanych na park rekreacyjny, aż do ulicy Wiosny Ludów, gdzie kierujemy się w lewo do krzyża przydrożnego.

Szabelnia

Przy krzyżu wchodzimy w ulicę Szabelnianą, gdzie wykuwano ponoć broń dla kościuszkowskich kosynierów. Bardziej wytrwali mogą tą ulicą pójść dalej aż do stawów Hubertus i Ewald na granicy z Mysłowicami, my jednak proponujemy skręcić w ulicę Chemiczną, gdzie na uwagę zasługuje bardzo długi dom, przeznaczony w okresie międzywojennym dla bezrobotnych, noszący przydomek "elwerhaus".
Ulicą Chemiczną dochodzimy do Wiosny Ludów, a dalej kierujemy się do ul. Wytapiaczy, przy której zobaczymy ciekawy dom o półkolistym kształcie. Za domem widoczne są charakterystyczne komórki, przeznaczone dawniej dla zwierząt, teraz do przechowywania narzędzi.


Komórki przy domach na ul. Wytapiaczy

Warto pójść nieco dalej w kierunku torów kolejowych, by zobaczyć charakterystyczny widok wieży wodnej oraz zabudowań dawnej huty "Uthemann", dzisiaj "Szopienice".

Dwór

W końcu podejdziemy na przystanek w okolicy krzyża przydrożnego z roku 1863, by podjechać jedną stację tramwajem nr 14 lub 23 do przystanku Dwór w Szopienicach. W tym miejscu w przeszłości był dwór odgrodzony od pozostałej części wsi niewysokim murem. Według legendy panienki latem jeździły tu sankami po alejkach wysypanych cukrem! Dziś w miejsce dworu wyrosło ładne osiedle mieszkaniowe o niewysokiej zabudowie, pełne zieleni, z placem zabaw dla dzieci.

Ratusz


Ratusz w roku otwarcia 1928

Nieco dalej po drugiej stronie ulicy Wiosny Ludów znajduje się Ratusz, wybudowany w latach 1926-28. Budowniczym Ratusza, a zarazem pierwszym naczelnikiem Szopienic był Franciszek Bieniosek. Dzięki jego inicjatywie przybył tu Ludwik Zamenhof, który przez kilka miesięcy nauczał Szopieniczan języka esperanto. Jedną z pobliskich ulic nazwano imieniem Zamenhofa, twórcy wspaniałej idei uniwersalnego języka, którym mogliby porozumiewać się wszyscy ludzie na świecie.
Ratusz był siedzibą gminy Szopienice w latach 1951-1960. Później został on przekształcony w ośrodek zdrowia, mieści się tu także biuro meldunkowe oraz szopienicki związek kombatantów. Tuż za Ratuszem znajduje się Szkoła Podstawowa nr 42.

Dom państwa Kalinowskich


Płaskorzeźba zdobiąca dawny zakład mleczarski

Na szczególną uwagę zasługuje ostatnia kamienica po lewej stronie ulicy, tuż przed kościołem Św. Jadwigi, gdzie zobaczymy piękną płaskorzeźbą. W domu tym, należącym do państwa Kalinowskich, była słynna szopienicka wytwórnia serów. Najstarsi Szopieniczanie pamiętają jeszcze seniora rodu, który codziennie rano rozwożąc mleko, śpiewał piosenkę "O gwiazdeczko, coś błyszczała, gdym ja ujrzał świat". Dziś nie ma już mleczarni, lecz potomkowie rodu są właścicielami piekarni serwującej świeże pieczywo.

TRASA 3: Do huty Szopienice

[/b]

Kościół Św. Jadwigi


Boczna brama wejściowa do kościoła Św. Jadwigii

Trzecią wędrówkę rozpocznijmy od kościoła św. Jadwigi, znajdującego się w rynku, naprzeciw VI Liceum. Kościół wybudowano w latach 1885-87. Zastąpił on poprzednią, drewnianą budowlę z 1868 r., będącą siedzibą parafii roździeńskiej od 1871 r. Neogotycka trójnawowa świątynia posiada odrestaurowane prezbiterium z ołtarzem głównym, poświęconym patronce Jadwidze Śląskiej. W ołtarzu widzimy zabytkowe figury świętych doktorów kościoła. Ozdobą kościoła są mozaiki 12 apostołów w nawach bocznych oraz piękne witraże z roku 1903, których fundatorami byli Agnieszka i Jan Rygułowie. Na uwagę zasługuje również belka tęczowa ze sceną Ukrzyżowania Chrystusa i figurami Matki Bożej i Św. Jana. Po lewej stronie na filarze znajduje się płaskorzeźba św. Floriana, patrona hutników i strażaków, którą wmurowano w roku 1995, w 15 rocznicę Sierpnia 80. Tradycyjnie 4 maja odprawiana jest msza św. w intencji hutników obchodzących swe patronackie święto.
Na placu kościelnym zobaczyć możemy zabytkową 100-letnią kapliczkę Ogrójca i równie starą rzeźbę Piety.


Figura Piety

Idąc dalej ulicą Lwowską mijamy plebanię oraz dom katechetyczny, wybudowany dzięki ofiarności parafian, a przekazany MOPS-owi (Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej) dla dzieci z najuboższych rodzin. Plebania posiada "laubę" (werandę przy wejściu), będącą dziś architektonicznym rarytasem.

Ulica Lwowska

Zmiana nazwy ulicy z "Obrońców Pokoju" na "Lwowską" wywołała w roku 1992 wiele kontrowersji. Otóż uczestnicy powstań śląskich przybywali także z kresów wschodnich, Lwowa i okolic - wielu z nich oddało swe życie za wolność śląskiej ziemi. Z kolei po II wojnie światowej w Szopienicach osiedlili się wypędzeni z ojczystych stron Polacy. Jedną z nich była nauczycielka historii w "Długoszu" Alojza Kostusiowa, która przez wiele lat miała odwagę cywilną przekazywania w tych trudnych czasach młodzieży prawdy historycznej. Znalazła ona w Szopienicach swoją drugą "małą ojczyznę".
Tuż za mostem skręcamy w prawo, by zobaczyć zespół budynków zwanych Ogródem Dworcowym, skąd wyszli w świat m.in. reżyser filmowy Kazimierz Kutz i senator prof. Dorota Simonides. Oprócz domów, gdzie mieszkały nie tylko rodziny kolejarskie, była tu także restauracja dla podróżnych.

Park Olimpijczyków

Z niewielkiego skwerka przechodzimy do Parku Olimpijczyków przy obecnym dworcu PKP. Zachował się tu teren dawnego boiska KS Roździeń, niegdyś ligowej drużyny piłkarskiej. Wśród kibiców pierwsze skrzypce grała matka aż połowy drużyny piłkarskiej, pani Dreinert, która na mecze przychodziła z "ryczką" (taboretem), siadała obok bramki i ...ostro zagrzewała do boju swoich synów! Zimą można było skorzystać z lodowiska, przypinając do butów metalowe "szlyndzuchy" (łyżwy).
Sport odgrywał w życiu Szopienic ogromną rolę. W roku 1910 powstało tutaj gniazdo Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół", działające prężnie aż do roku 1939. Hasło "Sokoła" brzmiało: "w zdrowym ciele - zdrowy duch". Druhny i druhowie uprawiali gimnastykę na wolnym powietrzu i w wynajmowanych salach, m.in. w domu pana Froinda, Żyda, właściciela budynku przy ulicy Obrońców Westerplatte, przejętego po II wojnie światowej przez Hutniczy Klub Sportowy.


Żeńska drużyna Sokoła w akcji

Dziś boisko sportowe to jedynie nikłe wspomnienie po dawnych czasach świetności. Obecnie co roku jesienią odbywają się tu imprezy z okazji Dni Szopienic, m.in. mecze piłki noznej Księża - Rzemieślnicy. Stary park tętni wówczas życiem i rozbrzmiewa muzyką, goszcząc Szopieniczan stęsknionych dobrej zabawy i rozrywki. Szkoda, że tylko raz w roku...

Izba Tradycji

Jeśli jest jeszcze przed południem, to warto przejść dalej ulicą 11 Listopada aż na teren huty, gdzie znajduje się Izba Tradycji czynna w dni powszednie od godz. 8.00 do 12.00. Można ją zwiedzić po uprzednim zgłoszeniu wizyty w dyrekcji huty Szopienice, chociaż przy odrobinie szczęścia bez tego być może także uda się zobaczyć ciekawe zbiory. Kustosz Izby z chęcią opowie o hucie, jej historii i stanie obecnym. Dzisiaj "huta" stanowi spółkę wielu firm i właściwie nie jest już hutą, a zakładem przetwórstwa miedzi. Zmiany w produkcji spowodowały zwolnienia wielu pracowników huty, co powiększyło grono bezrobotnych Szopieniczan.
Po obejrzeniu Izby Tradycji wróćmy na ulicę Lwowską. Tuż przed drugim mostem kolejowym, po lewej stronie znajduje się obecnie niszczejąca kamienica, w której w latach międzywojennych mieścił się hotel, restauracja, sala posiedzeń. Po II wojnie pomieszczenia zaadoptowano na ośrodek zdrowia, który później przeniesiono do ratusza. Dziś kamienica niestety popada w ruinę...

Familoki



Przechodząc za drugi most zobaczymy po obu stronach ulicy słynne szopienickie familoki, utrwalone w kadrze śląskiej trylogii filmowej Kazimierza Kutza. Kiedyś za tymi domami były komórki, gdzie mieszkańcy hodowali kozy, króliki, drób, a nawet świnie. Po podwórku wraz z dziećmi biegały kokoty i kurki. Ta przydomowa hodowla zapewniała pożywienie dla całej rodziny. W latach 1960-tych na polecenie władz miasta komórki usunięto. Szkoda, zrobiło się smutno... Starsi mieszkańcy jeszcze pamiętają, jaką ucztą w całej rodzinie było świniobicie! Część wyrobów i mięso sprzedawano, a część wędrowała do własnej spiżarni. Krupnioki, żymloki, "wusztzupa" - ten zapach przyciągał! Klimat tamtych czasów zachował się na obrazach Pawła Wróbla, malarza prymitywisty, genialnego samouka. Można je zobaczyć w galerii "Magiel" w Nikiszowcu i Izbie Śląskiej w Giszowcu. Budynki bliżej torów kolejowych nazywano Helgolandem - to stąd właśnie pochodzi Henryk Bereska, poeta i tłumacz literatury mieszkający obecnie w Berlinie.
Z familokami kontrastuje biurowiec huty Szopienice (po lewej stronie ulicy) oraz wybudowany w roku 1997 hipermarket Selgros. Widać tu wyraźnie styk przeszłości z nowoczesnością.

Huta Szopienice

Na rozległym obszarze za biurowcem dyrekcji rozciąga się Huta Metali Nieżelaznych "Szopienice". W 1834 r. spółka niemiecka "Spadokbiercy Gieschego" uruchomiła hutę cynku "Wilhelmina". W 1906 r. architekci Jerzy i Edward Zillmanowie z Charlottenburga zaprojektowali nowoczesną (na tamte czasy) hutę cynku "Uthemann", którą oddano do użytku w 1912 roku. W 1926 r. huty przejął koncern amerykański Harrimana, przy czym "Wilhelminę" zaczęto likwidować, a hutę "Uthemann" rozbudowywać. Po II wojnie światowej majątek huty upaństwowiono i nadano jej nazwę Huty Metali Nieżelaznych "Szopienice". Szkoda, że nie można zwiedzić historycznych już dziś terenów huty, na których niszczeją "chronione" zabytki architektury: wieża wodna z 1913 r., modernistyczny budynek administracyjny z wieżyczką z zegarem oraz wysoki komin cynkowni.

Do przysiółka Prittwitz


Zameczek Prittwitz

Przechodzimy na drugą stronę ulicy, mijamy kompleks handlowy "Selgros" i jeśli sił starczy, do zamku "Prittwitz" ulicą Krakowską czeka nas jeszcze około 5 minut marszu.
Zamek jest ostatnią budowlą po prawej stronie przed torami kolejowymi. W przeszłości budynek ten należał do dyrektora spółki "Spadkobiercy Gieschego", odbywały się tu spotkania towarzyskie ówczesnych wyższych sfer przemysłowych. Dzisiaj zamek, będący własnością komunalną, jest mocno zaniedbany, jednak można w nim dostrzec elementy dawnej świetności i elegancji.
W zameczku Pritwitz mieszkają dziś rodziny robotnicze
Tą samą drogą wracamy do skrzyżowania przy "Selgrosie", skąd autobusem możemy dojechać z powrotem do Szopienic, do Katowic lub do Giszowca czy Nikiszowca.

* opracowano na podstawie publikacji "Giszowiec Nikiszowiec Szopienice, Przewodnik po dzielnicach Katowic"

Pierwszy dzień pielgrzymki Benedykta XVI do Austrii

Powitanie na wiedeńskim lotnisku Schwechat, wspólna modlitwa z mieszkańcami Wiednia oraz spotkanie z reprezentantami życia publicznego Austrii, a także korpusem dyplomatycznym złożyły się na pierwszy dzień wizyty Benedykta XVI w Austrii.

Głównym jej celem jest pielgrzymka do Mariazell 8 września i Msza św. z okazji 850-lecia istnienia tego maryjnego "sanktuarium wielu narodów".

Czuję się jak w domu

O godz. 11.15 samolot włoskich linii lotniczych Alitalia z papieżem na pokładzie wylądował na wiedeńskim lotnisku Schwechat. Wiedeń tonął w strugach deszczu. Z tego powodu ceremonia powitania odbyła się w hali lotniska.Przy schodkach samolotu Ojca Świętego powitał prezydent Republiki Austrii Heinz Fischer z dwojgiem dzieci, które wręczyły papieżowi kwiaty. Następnie powitali go przedstawiciele Kościoła, najwyżsi przedstawiciele władz państwowych, m.in. kanclerz Alfred Gusenbauer. Po odegraniu hymnów watykańskiego i austriackiego oraz oddaniu honorów przez kompanię honorową armii austriackiej Benedykt XVI i prezydent Heinz Fischer przeszli do podium, z którego wygłosili mowy powitalne.

W przemówieniu Benedykt XVI wyznał, że czuje się tak "jak w domu". "Wiecie, jak bardzo czuję się związany z waszą ojczyzną, z wieloma ludźmi i miejscami w Waszym kraju" - powiedział papież.

"Ta przestrzeń kulturalna w centrum Europy przekracza wszelkie granice iłączy różnorodne wysiłki ze wszystkich części naszego kontynentu. Akultura tego kraju jest w znacznym stopniu nacechowana przez orędzieJezusa Chrystusa i działalność Kościoła w jego imieniu" - mówił papież.Benedykt XVI podkreślił, że głównym celem jego wizyty w Austrii jest jubileusz 850-lecia sanktuarium w Mariazell, że pragnie być tam jakopielgrzym wśród pielgrzymów. "To sanktuarium Matki Bożej reprezentujew pewnym stopniu matczyne serce Austrii i od zarania matczyne maszczególne znaczenie również dla Węgrów i narodów słowiańskich. Jestsymbolem otwartości, pokonującej nie tylko granice narodowe, lecz wosobie Maryi wskazuje na bardzo istotny wymiar człowieka, a mianowiciejego zdolność otwarcia się na Boga i jego Słowo prawdy!" - mówił Ojciec Święty.Papież zwrócił uwagę na wielkie zainteresowanie ruchem pielgrzymkowym,zwłaszcza wśród młodzieży. Jednoczenie przypomniał, że po pielgrzymcezawsze jest powrót do dnia powszedniego, a tydzień zaczyna dzień świętydarowany nam przez Boga - niedziela. Wyraził radość, że właśnie niedzielębędzie mógł celebrować Eucharystię dla mieszkańców Wiednia, łącząc się wmodlitwie z wiernymi w całej Austrii i na świecie.Prezydent Fischer przypomniał liczne związki papieża z Austrią. Jednocześnie z dumą podkreślił bardzo dobre stosunki Kościół-państwo w swoim kraju. Przypomniał też, że jego kraj ma długą historię, obfitującą w wiele wydarzeń, przez co przyczynił się do rozwoju Europy, do rozwoju nauki i sztuki na naszym kontynencie, a także do europejskiego modelu społecznego. dzięki wysiłkom wszystkich obywateli Austria jest dzid krajem demokratycznym i miłującym pokój, o dobrych podstawach ekonomicznych."Do podstawowych wartości Austrii należy też zapisana w konstytucji wolnośćwyznania" - przypomniał prezydent Fischer. Zapewnił, że jest to podstawapokojowego współżycia i gotowości do dialogu wszystkich wspólnot wyznaniowych uznanych przez państwo. Po przemówieniach dzieci ze szkoły św. Franciszka przy akompaniamencie orkiestry dętej zaśpiewały pieśń "Witamy Cię, papieżu Benedykcie" skomponowaną przez wieloletniego szefa muzycznego katedry wiedeńskiej Thomasa Dolezala.

W drodze z lotniska do centrum Wiednia Benedykta XVI szczególnie serdecznie witali Polacy z kościoła "na Rennwegu". Na powitanie papieża Polacy mieszkający w Wiedniu przygotowali wielkich rozmiarów błękitny transparent. Po obu jego stronach widniały flagi polska i watykańska, a na tle papieskiego herbu umieszczono napis: "Wspólnota polska w Wiedniu wita Benedykta XVI".

Matka Boża w życiu Austrii

O roli Matki Bożej w historii Austrii i współcześnie oraz o Jej znaczeniu w życiu każdego katolika mówił Benedykt XVI podczas powitania i wspólnej modlitwy z mieszkańcami Wiednia. W liturgicznej inauguracji papieskiej wizyty wzięli udział przedstawiciele wszystkich wspólnot narodowych żyjących w Wiedniu. Przybyło też 6 tys. uczniów szkół wiedeńskich, a także z Dolnej Austrii i Burgnelandu. Mimo deszczu i przejmującego zimna austriacka młodzież gorąco przywitała papieża. Zespół młodzieżowy zaśpiewał pieśń "Jezus Chrystus jest moim życiem". Ojca Świętego witali oraz odmówili modlitwę powszechną przedstawiciele różnych stanów, młodzież, rodziny, politycy, przedstawiciele świata pracy, duchowieństwo i inni. Byli także głuchoniemi, którzy w języku migowym przekazali papieżowi słowa powitania. Papież z powodu lekkiego przeziębienia i problemów technicznych z mikrofonem wygłosił tylko fragment swojego przemówienia. "Wraz z wiarą w Jezusa Chrystusa, człowieczego Syna Bożego, łączy się od najdawniejszych czasów szczególne oddawanie czci Jego Matce, kobiecie, w której łonie przyjął ludzką naturę, podzielając nawet bicie jej serca. Ona z głębokim uczuciem i uwagą towarzyszyła Mu w życiu aż do śmierci na krzyżu a jej matczyną miłość ofiarował ostatecznie swemu umiłowanemu uczniowi, a poprzez niego całej ludzkości" - powiedział Benedykt XVI. Ojciec Święty zaznaczył, że w swoim macierzyństwie Maryja również i dziś przyjmuje pod swoją opiekę ludzi różnych języków i kultur, aby w jedności w różnorodności prowadzić ich do Boga. Papież przypomniał, że w Bożym świecie jest miejsce dla każdego człowieka, z jego talentami i osobistymi cechami. Przez wspólnotę ze zmartwychwstałym Chrystusem Bóg nam pobłogosławił błogosławieństwem swego Ducha. - Otwórzmy swoje serca, przyjmijmy ten cenny dar! - zaapelował Benedykt XVI.

Kard. Christoph Schönborn, witając papieża zaznaczył, że wśród wiernych jest liczna grupa "innojęzycznych" wspólnot Wiednia. Przypomniał, że w stolicy Austrii żyje 200 tys. katolików-obcokrajowców. "Oni są światowym Kościołem w Wiedniu" - podkreślił kardynał. Dodał: "Wiemy, że kochasz nasz kraj i jego mieszkańców". "Ojcze Święty, umacniaj swoich braci i siostry. Kościół w Austrii przeszedł pełne cierpienia bolesne czasy. Jesteśmy w niebezpieczeństwie, upadli na duchu zrezygnowani bądź utraciliśmy już nadzieję. Ojcze Święty, umocnij naszą wiarę! Skieruj nasze spojrzenie na Chrystusa! On jest naszą ufnością i naszą nadzieją" - wołał kardynał.Metropolita Wiednia nawiązał do hasła pielgrzymki: "Patrzeć na Chrystusa". "Patrzeć na Chrystusa, znaczy również patrzeć na nasze korzenie. Piotr był Żydem. Apostołowie byli Żydami. Maryja była Żydówką i Jezus, jej Syn, nasz Pan jest nim przez nią. Nigdy nie możemy zapomnieć naszych korzeni, które nas podtrzymują. To należy do tragedii tego miasta, że tutaj właśnie o tych korzeniach zapomniano, zaparto się ich, aż po bezbożną wolę, aby ten naród zgładzić, naród który jest pierwszą miłością Boga" - mówił metropolita Wiednia i podziękował papieżowi, że za cel swojej jedynej pielgrzymki europejskiej w tym roku wybrał "mały kraj" w sercu naszego kontynentu. Na zakończenie uroczystości odmówiono "Ojcze nasz" i papież udzielił zebranym błogosławieństwa. Potem udał się do kościoła Dziewięciu Chórów Anielskich, gdzie mieści się centrum katolickiej wspólnoty Chorwatów w Wiedniu. Tam, przy dźwiękach muzyki Wolfganga A. Mozarta odbyła się adoracja Najświętszego Sakramentu.Benedykt XVI uczcił także pamięć zamordowanych Żydów austriackich. Wraz z naczelnym rabinem Wiednia, Paulem Eisenbergiem zatrzymał się przed pomnikiem austriackich ofiar Holokaustu na Judenplatz - Placu Żydowskim. W strugach padającego nieustannie deszczu papież przez chwilę modlił się w ciszy. W tym czasie naczelny rabin Wiednia odmówił kadisz, żydowską modlitwę za zmarłych.

Przesłanie do Europy

O pielęgnowanie wartości chrześcijańskich zaapelował Benedykt XVI. W przemówieniu do przedstawicieli życia publicznego i korpusu dyplomatycznego w wiedeńskim Hofburgu podkreślił, że "wspólny dom europejski będzie miejscem dobrym do zamieszkania tylko wówczas, gdy zostanie zbudowany na solidnym kulturalnym i moralnym fundamencie wspólnych wartości, jaki przekazały mu jego dzieje i tradycja".

"Europa nie może wypierać się tych wartości, nie wolno jej tego zrobić. Stanowią one zaczyn naszej cywilizacji na drodze w trzecie tysiąclecie. Chrześcijaństwo głęboko naznaczyło ten kontynent, czego świadectwem są nie tylko liczne kościoły i klasztory we wszystkich krajach, a szczególnie tu, w Austrii, ale także wielu ludzi, którzy dzięki wierze żyli nadzieją, miłością i miłosierdziem " - mówił papież.

Mówiąc o roli Austrii w integracji Europy, przypomniał o okrucieństwach wojny i traumatycznych doświadczeniach totalitaryzmu i dyktatury Europy a także kilkudziesięcioletnim podziale naszego kontynentu. "Podział, który w sposób bolesny dzielił Europę przez dziesiątki lat, został wprawdzie przezwyciężony w sferze politycznej, ale w głowach i sercach ludzi do jedności jest jeszcze daleko" - stwierdził Benedykt XVI. Zaapelował, aby udział w procesie integracji europejskiej, zwłaszcza dla narodów Europy Środkowej i Wschodniej, stanowił "bodziec do dalszego umacniania w ich krajach wolności, państwa prawa i demokracji". W tym kontekście przypomniał wkład, jaki w ten historyczny proces wniósł Jan Paweł II.

Nawiązał z kolei do obradującego obecnie w rumuńskim Sybinie III Europejskiego Zgromadzenia Ekumenicznego i przypomniał Środkowoeuropejski Dzień Katolików z 2004 roku, który pod hasłem "Chrystus nadzieją Europy" zgromadził w Mariazell tysiące ludzi.

Wiele miejsca Ojciec Święty poświęcił prawu do ochrony życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci. "Dlatego prawem człowieka nie może być aborcja - jest ona zaprzeczeniem tego prawa" - podkreślił i zaznaczył że obrona tego prawa nie jest jakimś szczególnym interesem Kościoła. Zaapelował do polityków o zniesienie aborcji oraz o ochronę małżeństwa i rodziny. Mówiąc o eutanazji, podkreślił, że "właściwą odpowiedzią na cierpienie u kresu życia jest poświęcenie się, towarzyszenie osobie umierającej - zwłaszcza za pomocą medycyny paliatywnej - ale nigdy nie "aktywna pomoc w umieraniu".

Benedykt XVI przypomniał o odpowiedzialności Europy za losy świata. "Szybko starzejący się demograficznie kontynent nie powinien stać się kontynentem starym duchowo. Europa będzie z pewnością bardziej świadoma siebie, gdy przejmie odpowiedzialność za świat, wynikającą z jej wyjątkowej tradycji intelektualnej, z niezwykłych zdolności i siły gospodarczej" - powiedział. Zaapelował, aby Unia Europejska odgrywała kierowniczą rolę w zwalczaniu ubóstwa na świecie oraz w działaniach na rzecz pokoju, szczególnie w Afryce i na Bliskim Wschodzie.

Na zakończenie Benedykt XVI podkreślił, że "wiele z tego, czym Austria jest i co posiada, zawdzięcza wierze chrześcijańskiej i jej wielkiemu wpływowi na ludzi". "Wiara głęboko wryła się w charakter tego kraju i jego mieszkańców. Dlatego wysiłki, aby nie dopuścić do sytuacji, w której pewnego dnia tylko kamienie mówiłyby w tym kraju o chrześcijaństwie, muszą stać się sprawą wszystkich jego mieszkańców. Austria bez żywego chrześcijaństwa nie byłaby Austrią!" - powiedział papież.

Prezydent Austrii Heinz Fischer, witając dostojnego gościa w swojej siedzibie, podkreślił znaczenie Stolicy Apostolskiej w jej zaangażowaniu na rzecz pokoju. "W XXI w. mamy coraz większą szansę, aby wspólnymi wysiłkami zniszczyć zjawisko wojen, rozszerzyć strefy pokoju i z narodowych państw prawa uczynić międzynarodowe państwo prawa" - powiedział. Podkreślił, że Austria jest miejscem dialogu. Szef państwa przypomniał też wielkie zasługi na rzecz dialogu między ludźmi i religiami zmarłego przed trzema laty wielkiego kardynała Franza Koeniga.

"Europa osiągnęła o wiele więcej niż mogły o tym marzyć poprzednie pokolenia. Europa jest wzorcem przyszłości!" - powiedział prezydent Austrii.

Papieski balkon

Nie przeliczyły się w swoich oczekiwaniach dzieci i młodzież Austrii: mimo zmęczenia i przeziębienia Benedykt XVI pojawił się choć na chwilę na balkonie nuncjatury apostolskiej. Na bramie szkolnego budynku Tesesianum naprzeciwko przedstawicielstwa watykańskiego dzieci wywiesiły wielkich rozmiarów napis: "Drogi Papieżu, modlimy się za Ciebie".

Powracającego ze spotkania w Hofburgu Ojca Świętego oczekiwała przed nuncjaturą liczna grupa nie tylko Austriaków, ale też pielgrzymów skupionych w duszpasterstwach obcojęzycznych w Wiedniu. Po adoracji Najświętszego Sakramentu w kościele Dziewięciu Chórów Anielskich na placu Am Hof wielu z młodych przyszło pod "papieski balkon". Byli wśród nich również nasi rodacy z Polskiej Misji Katolickiej.

"Jako urodzony Bawarczyk zostałem na kilka dni pół-Austriakiem" - żartował papież. Jak wszyscy również on ucieszył się, że wreszcie przestał padać deszcz. "Mimo tej niepogody widzę waszą radość wiary, którą mnie też zaraziliście" - powiedział Benedykt XVI i udzielił obecnym błogosławieństwa apostolskiego.

KAI (ts, tom, kg (KAI Wiedeń))

Drugi dzień pielgrzymki Benedykta XVI do Austrii

Uroczysta Msza św. z okazji 850-lecia sanktuarium maryjnego w Mariazell i spotkanie z austriackim duchowieństwem złożyły się na drugi dzień pielgrzymki Benedykta XVI do Austrii.
850 lat "sanktuarium narodów"

Uroczystości w Mariazell rozpoczęły się z kilkudziesięciominutowym opóźnieniem. Z powodu nieustannie padającego deszczu Benedykt XVI udał się do oddalonego o 150 km od Wiednia sanktuarium nie śmigłowcem, lecz samochodem. Wraz z papieżem w konwoju jechali m.in. prezydent Austrii Heinz Fischer wraz z żoną Margot oraz kanclerz Alfred Gusenbauer.

Przejeżdżającego w papamobile Ojca Świętego witały na ulicach miasteczka tysiące pielgrzymów, wołając m.in. "Benedetto".

Przed Mszą św. papież udał się do bazyliki i tam przed cudowną figurą Matki Bożej Łaskawej modlił się w ciszy kilka minut.

Mimo fatalnej aury, do prawie dwutysięcznego miasteczka przybyło ok. 30 tys. pielgrzymów, w tym wielu z zagranicy. Byli Polacy, Węgrzy, Słowacy, Czesi, Ukraińcy, Słoweńcy, Chorwaci i członkowie innych narodów. Wiernym towarzyszyło ok. 70 kardynałów i biskupów. Z Polski przybyli m.in. arcybiskupi Józef Życiński z Lublina, Alfons Nossol z Opola i Marian Gołębiewski z Wrocławia. Przez cały czas trwania liturgii wszyscy gorąco reagowali na słowa papieża.

Przed Mszą św. figurę Matki Bożej z Mariazell przeniesiono procesjonalnie i ustawiono na ołtarzu.

Nawiązując do przypadającego obecnie 850-lecia sanktuarium, Ojciec Święty przypomniał, że od początku przybywają tu pielgrzymi z różnych narodów, czyniąc z tego miejsca ośrodek pokoju i jedności. "Dziś włączamy się w tę wielką pielgrzymkę wielu stuleci. Znajdujemy wytchnienie u Matki Pana i prosimy: pokaż nam Jezusa. Pokaż nam, pielgrzymom, Tego, Który jest drogą i zarazem celem: prawdą i życiem" - powiedział papież.

Wyjaśnił następnie sens pielgrzymowania, podkreślając, że znaczy to "iść ku określonemu celowi". "To nadaje też piękno drodze i trudowi wędrowania" - zaznaczył kaznodzieja i przypomniał, że "początek Kościoła Jezusa Chrystusa stał się możliwy, gdyż w Izraelu byli ludzie poszukującego serca, ludzie, którzy nie poprzestawali na dotychczasowych przyzwyczajeniach, lecz poszukiwali czegoś wielkiego".

Ojciec Święty podkreślił, że dzisiejszy świat także potrzebuje "niespokojnych i otwartych serc". "Dziś również nie wystarczy być i myśleć tak samo jak wszyscy inni. Nasze życie zostało szerzej zaprogramowane. Potrzebujemy Boga, który pokazał nam swoje oblicze i otworzył serce: Jezusa Chrystusa" - powiedział papież.

Zwrócił uwagę, że rezygnacja z prawdy jest istotą kryzysu Europy Zachodniej. "Jeśli nie ma prawdy, wtedy człowiek nie potrafi rozróżniać między dobrem a złem" - powiedział Benedykt XVI. Jego zdaniem, wtedy też wielkie i wspaniałe dokonania nauki mogą przynosić dwojakie skutki: mogą przyczyniać się do tego, co dobre, co służy zbawieniu człowieka, ale także mogą prowadzić do okrutnych zagrożeń, do zniszczenia człowieka i świata. Papież zaznaczył, że potrzebujemy prawdy, mimo że przez naszą historię boimy się, że nasza wiara w prawdę "może nieść z sobą brak tolerancji". "Prawda objawia się także w miłości. Nigdy nie jest naszą własnością, nigdy nie jest naszym wytworem, podobnie nie można «wyprodukować» miłości, ale można ją tylko przyjmować i przekazywać dalej" - mówił kaznodzieja.

Wskazując na figurę Matki Bożej z Mariazell, która trzyma w ramionach Dzieciątko Jezus, wspomniał o losie dzieci na świecie, które "żyją w nędzy, są wykorzystywane jako żołnierze, którym nigdy nie dane było doświadczyć miłości rodziców, o chorych i cierpiących, ale także o dzieciach radosnych i zdrowych". Papież wspomniał też, że Europa ma coraz mniej dzieci, co jest - jego zdaniem - wynikiem ludzkiego egoizmu.

Nawiązując do hasła tej pielgrzymki: "Patrzeć na Chrystusa", Ojciec Święty podkreślił, że "chrześcijaństwo jest czymś o wiele więcej i czymś innym niż tylko systemem moralnym, niż serią żądań i praw". "Chrześcijaństwo jest czymś więcej niż tylko moralnością, jest darem przyjaźni, dlatego kryje w sobie wielką siłę moralną, której tak bardzo potrzebujemy teraz, w obliczu wyzwań naszych czasów" - powiedział papież. "Jeśli wraz z Jezusem Chrystusem i z Jego Kościołem ciągle na nowo czytamy Dekalog z Synaju i w niego się zagłębiamy, widzimy w nim wielkie wskazanie. Jest to przede wszystkim «tak» wypowiedziane Bogu, który nas kocha i prowadzi, ale jednocześnie jest naszą wolnością, o czym mówią trzy pierwsze przykazania. Jest to «tak» powiedziane rodzinie (4. przykazanie), «tak» dla życia (5.), «tak» dla odpowiedzialnej miłości, «tak» dla solidarności" - stwierdził główny celebrans.

Mariazell jest miejscem, do którego przybywają miliony wierzących i poszukujących wiary. Podkreślił to bp Egon Kapellari, witając "pielgrzyma wśród pielgrzymów".

Biskup diecezji Graz, na terenie której położone jest sanktuarium; powitał też gości przybyłych na uroczystości patronalne sanktuarium: prezydenta Austrii Heinza Fischera, kardynałów i biskupów z różnych krajów oraz 33-tysięczną rzeszą pielgrzymów.

Specjalne słowa pozdrowienia skierował do obecnych na Mszy św. przedstawicieli ekumenizmu przypominając, że w tym samym czasie odbywa się w rumuńskim Sybinie III Europejskie Zgromadzenie Ekumeniczne.

Mariazell jest adresem prawdziwie europejskim - powiedział biskup Grazu. Przypomniał, że w ciągu wieków przybywali tu pielgrzymi głęboko wierzący i ci, którzy poszukują wiary. Za wstawiennictwem Maryi czerpali z obfitego tam źródła łaski Bożej i tak jest do dziś.

Jest pośród nas na ołtarzu Figura Łaski, przedstawiająca Maryję z Jezusem na rękach, powiedział bp Kapellari i nawiązał do hasła obecnej pielgrzymki papieskiej: "Patrzeć na Chrystusa". "Maryja chce nam pomóc patrzeć na Chrystusa i w ukazaniu Go także innym ludziom", podkreślił hierarcha. "Niech wizyta Ojca Świętego pomoże nam głębiej zrozumieć tę misję" - dodał. Na zakończenie pozdrowił pielgrzymów słowami "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus" w dziewięciu językach.

Zgodnie z tradycją tego "sanktuarium narodów", jakim jest Mariazell, liturgia papieska miała charakter międzynarodowy. Liturgię Słowa sprawowano po chorwacku i węgiersku, a Ewangelię odczytano po łacinie. Również modlitwa wiernych była wielojęzyczna. Po polsku modlono się za Benedykta XVI, po niemiecku - za zjednoczoną Europę i o solidarność między jej narodami.

Papież modlił się także za ofiary powodzi, która w tych dniach nawiedziła podgórskie regiony Austrii. Wyraził współczucie ofiarom i zapewnił o swojej modlitwie. Wyraził też przekonanie, że ofiary powodzi doświadczą oznak solidarności ze wszystkich stron.

Jednocześnie Benedykt XVI uczcił pamięć dwóch starszych pielgrzymów, którzy dziś rano zmarli w Mariazell. "Modliłem się za nich podczas Mszy św. i sądzę, że możemy być pewni, iż Matka Boża zaprowadziła ich prosto do Pana, bo oni pielgrzymowali do Matki Bożej, aby spotkać Jezusa" - powiedział papież.

Przed zakończeniem Mszy św. Benedykt XVI pozdrowił pielgrzymów w sześciu językach, w tym również po polsku. "Pozdrawiam Polaków przybyłych do Mariazell w pielgrzymce wiary i jedności. Przez wstawiennictwo Maryi proszę o Boże błogosławieństwo dla Was i waszych rodzin" - powiedział Ojciec Święty po polsku. Udzielił też specjalnego błogosławieństwa nowo wybranym w Kościele austriackim radom parafialnym.

Imponującą oprawę muzyczną uroczystości w Mariazell zapewniły chór katedralny i zespół muzyczny z Grazu oraz orkiestra wojskowa z Klagenfurtu. Grano m. in. utwory religijne wielkich kompozytorów austriackich: W.A. Mozarta i Antona Brucknera.

O odnowę wiary i życia

Benedykt XVI podczas nieszporów maryjnych przed cudowną figurką "Magna Mater Austriae" w Mariazell modlił się o głęboką odnowę wiary i życia. W nabożeństwie wzięli udział duchowni, zakonnice i zakonnicy z wszystkich austriackich diecezji. W modlitwie wziął udział także brat papieża ks. Georg Ratzinger.

Ojciec Święty wyraził uznanie dla młodych osób, które chcą swoje życie poświęcić Bogu jako księża, zakonnice i zakonnicy. "Udział w drodze Chrystusa posiada dwa wymiary: wymiar Krzyża, niepowodzenia, cierpienia, nieporozumienia, wręcz pogardy i prześladowania, ale też doświadczenie głębokiej radości płynącej ze służenia Mu i pocieszenia, jakie przynosi spotkanie z Nim" - przypomniał Benedykt XVI.

Ojciec Święty podkreślił, że duchowni mają być zawsze po stronie tych, którzy poszukują sensu życia. "Jesteście orędownikami tych, którzy szukają Boga. Dajcie świadectwo nadziei, która wbrew wszelkiej milczącej czy jawnej desperacji, odwołuje się do wierności i pełnej miłości troski Boga. W ten sposób jesteście po stronie tych wszystkich, którzy uginają grzbiet pod ciężarem losu i nie są w stanie uwolnić się ze swego brzemienia. Dajcie świadectwo tej Miłości, która ofiarowała się dla ludzi i tym samym pokonała śmierć. Jesteście po stronie tych, którzy nigdy nie zaznali miłości, którzy nie potrafią już wierzyć w życie" - mówił papież.

Zaapelował, aby osoby duchowne przeciwstawiały się w ten sposób rozlicznym przejawom niesprawiedliwości, jawnej bądź ukrytej, jak i szerzącej się pogardzie wobec ludzi. Papież zachęcił duchownych, aby świadectwo to dawali "w polityce, w świecie ekonomii, w świecie kultury i nauki".

Benedykt XVI przypomniał o ślubie ubóstwa i czystości. "Ta ostatnia nie oznacza indywidualizmu ani życia w izolacji" - podkreślił, "Pośród całej żądzy, całego egoizmu nieumiejętności czekania, pragnienia konsumpcji, pośród indywidualizmu my staramy się żyć bezinteresowną miłością do ludzi" - powiedział papież w imieniu wszystkich katolickich duchownych.

Swoje rozważania papież zakończył modlitwą św. Ignacego Loyoli.

Witając papieża biskup Grazu, Egon Kapelari powiedział, że dzisiejsze nabożeństwo poświęcone jest w sposób szczególny powołaniom kapłańskim.

Podczas śpiewu "Hymnu światła" na znak łączności z uczestnikami obrad III Europejskiego Zgromadzenia Ekumenicznego, które obraduje w rumuńskim Sybinie, papież zapalił świecę. Od niej ministranci przejęli ogień i dzielili się nim z uczestnikami nabożeństwa. Ten symboliczny akt nawiązywał do hasła spotkania w Sybinie, którym są słowa: "Światło Chrystusa oświeca wszystkich. Nadzieja na odnowę i jedność Europy".

Podczas nieszporów zanoszono modlitwy do Matki Bożej, o opiekę nad Kościołem, o dobre powołania dla wspólnot diecezjalnych i zakonnych oraz o opiekę nad ludźmi starymi i chorymi.

Według danych z 2005 r. w Austrii jest 2,5 tys. księży diecezjalnych, ponad 1 500 zakonnych, 529 stałych diakonów, 425 braci zakonnych i 5 tys. sióstr.

KAI (ts, tom, ml, kg (KAI Mariazell)//mam)

II Rzeczypospolita nie była krajem idealnym cały czas jej trwania były konflikty narodowościowe.. Oczywiście nic nie tłumaczy zbrodni. A tym bardziej my powinniśmy o nich pamiętać!!! Mówić, pisać, budować muzea, miejsca pamięci, realizować filmy itd. Ci pomordowani to byli nasi BOHATEROWIE!
Ale popatrz tylko co dla narodów wschodnich stanowi tych paręset tysięcy pomordowanych. Sam Wielki głód w latach 30 wykończył na Ukrainie ponad 5 milionów ludzi, a Stalin ilu ma na sumieniu (notabene mówi się o jego Polskim pochodzeniu!)

Ale nie lubię gdy ktoś mówi o czymś nie mając zielonego pojęcia tu pozwolę przytoczyć kawałek historii Litwy.

Podpisane we wrześniu 1939 roku porozumienie niemiecko-sowieckie o podziale ziem polskich, które było uzupełnieniem paktu Ribbentrop-Mołotow, oddawało Wileńszczyznę Związkowi Sowieckiemu. Po krótkiej okupacji Moskwa przekazała jednak ten rejon Litwie. Było to genialne posunięcie Stalina. Oddanie Wilna Litwinom wbiło klin między nich a Polaków, uniemożliwiając jakąkolwiek ich współpracę przeciwko ZSRS. Dla Polaków gród Giedymina był bowiem ostoją polskości na wschodzie, Litwini zaś traktowali kontrolę nad miastem prestiżowo, chodziło wszak o stolicę Wielkiego Księstwa - pierwszego państwa litewskiego. W czerwcu 1940 roku Stalin zajął i Wilno, i całą resztę Litwy, ponieważ gwarantowała mu to umowa z Niemcami.
SS? - Nie, dziękujemy
Po ataku Niemiec na Związek Sowiecki 22 czerwca 1941 roku na Litwie wybuchała zbrojna rebelia. Według niektórych danych siły powstańcze liczyły nawet 100 tysięcy ludzi. Partyzanci zabijali sowieckich komisarzy, a często także Żydów, oskarżanych - niekiedy słusznie, ale najczęściej bezpodstawnie - o kolaborację z okupantami. Atakowali wycofujące się wojska sowieckie, przejmowali władzę w miastach. W Wilnie hitlerowską armię powitał odtworzony rząd Republiki Litewskiej.
Niemcy nie zamierzali jednak tolerować niezależności Litwy. Wprowadzili w kraju reżim okupacyjny, choć pozostawili w litewskich rękach lokalną administrację, a także utworzyli litewską policję na swojej służbie. Formacja ta wsławiła się masowymi mordami. To jej członkowie "obsługiwali" miejsce kaźni w Ponarach, gdzie zabijano Żydów, Polaków i niewygodnych dla Niemców Litwinów.
Policjanci przydawali się do terroryzowania ludności cywilnej, ale nie do walki. Niemcy chcieli czegoś więcej, zamierzali stworzyć litewski legion Waffen-SS, który choć pod dowództwem niemieckich oficerów, używałby symboliki litewskiej. Miał to być wkład Litwy w antybolszewicką krucjatę i budowę nowej Europy pod przywództwem Rzeszy. Podobna inicjatywa na Łotwie spotkała się z masowym odzewem. Legion łotewski SS pod koniec wojny stał się wręcz narodową formacją wolnej Łotwy walczącej o niepodległość, dlatego dziś jego weteranów czci się jako bohaterów. Tymczasem na Litwie niemiecka akcja skończyła się porażką. Litewskie środowiska niepodległościowe - i te jawne, i działające w podziemiu - odmówiły wsparcia werbunku do legionu. Były wprawdzie gotowe poprzeć zbrojnie Niemcy, ale żądały odbudowania litewskiej armii pod dowództwem litewskim. Zresztą brak zaufania był obopólny. Niemcy co prawda oczekiwali powstania legionu, ale zamierzali go wykorzystać wyłącznie poza granicami Litwy, obawiając powtórki niedawnego powstania, tym razem skierowanego przeciw sobie.
Litewskie władze samorządowe także sprzeciwiły się formowaniu legionu. Szesnastego lutego 1943 roku, w dzień niepodległości, ich przedstawiciele wysłali do władz niemieckich memorandum przypominające, że Litwa jest okupowana, a konwencja haska zabrania rekrutowania żołnierzy spośród ludności kraju okupowanego. Niemcy odpowiedzieli represjami. Oponenci akcji rekrutacyjnej powędrowali do obozu koncentracyjnego w Stutthofie, zamknięto wyższe uczelnie - w tym uniwersytety w Wilnie i Kownie - wreszcie zagrożono wprowadzeniem bezpośredniej administracji okupacyjnej także na szczeblu lokalnym.
Idą bolszewicy
W 1943 roku we wschodniej Litwie pojawiły się silne oddziały sowieckiej partyzantki, na froncie wschodnim Niemcom wiodło się coraz gorzej. Litwini uświadomili sobie, że Sowieci mogą wrócić, a Niemcy, iż potrzebują każdej pary rąk do walki z nimi. W listopadzie odbyła się konwencja kilkudziesięciu działaczy litewskich, na której uzgodniono, że Litwini nie zaakceptują litewskiego SS, ale poprą utworzenie narodowych sił zbrojnych, dowodzonych przez Litwinów i walczących pod litewskimi sztandarami. Uzgodniono, że zostaną one nazwane Litewskim Korpusem Lokalnym - Lietuvos Vietine. Rinktine.. Jego komendantem został generał Povilas Plechavičius.
Do tej pory, podobnie jak inni wyżsi wojskowi litewscy, nie angażował się we współpracę z okupantem, teraz uznał zmianę nastawienia Niemców za szansę na zbudowanie podwalin litewskiej niepodległości. Trzynastego lutego 1944 generał podpisał z dowódcą SS i policji na Litwę generałem majorem Harmem oraz SS obergruppenführerem Friedrichem Jackelnem, który patronował wcześniejszym próbom sformowania litewskiego SS, porozumienie o utworzeniu Vietine. Rinktine.. Inicjatywę poparła administracja samorządowa oraz niepodległościowe podziemie.
ęęłęóNową armią mieli dowodzić wyłącznie litewscy oficerowie, Niemcom nie wolno było wtrącać się w jej wewnętrzne sprawy. Żołnierze VR zostali nawet wyłączeni spod jurysdykcji niemieckiego sądownictwa wojskowego. Vietine. Rinktine. miał używać wyłącznie symboliki litewskiej: flagi i herbu Pogoni, i mógł być wykorzystany tylko do obrony terytorium Litwy. Była to formacja niezwykła w dziejach sił współpracujących z Niemcami - została powołana na mocy wolnego porozumienia dwóch stron. Litwini uzyskali de facto status sojusznika Rzeszy, choć na razie nie mieli szans na odbudowę niepodległego państwa. Korpus nie był częścią armii niemieckiej (Wehrmachtu) ani SS, lecz samodzielną siłą.
Prawie wolność
Szesnastego lutego, rok po pamiętnym memorandum, Plechavičius wygłosił przez radio płomienne przemówienie, w którym wezwał ochotników w wieku 18-40 lat do wstępowania w szeregi swojej armii. Odpowiedziały na nie tysiące młodych mężczyzn. Niemcy byli zaskoczeni odzewem, mając w pamięci nieudane próby formowania SS. W efekcie w powstających oddziałach - według danych AK - znalazła się tylko jedna dwudziesta ochotników, dla reszty nie starczyło miejsca. W całym kraju powstały litewskie komendantury wojskowe, w Wilnie, Kownie i Trokach na budynkach publicznych wywieszono flagi wolnej Litwy.
Niemcy początkowo zachowywali przyzwalające milczenie, szybko jednak zaczęli torpedować porozumienie, zaniepokoiła ich bowiem skala litewskiego entuzjazmu. Rzesza potrzebowała wszak tylko mięsa armatniego, koncesje na rzecz Litwinów były złem koniecznym. Nie mogło być mowy o żadnej niepodległości. Obergruppenführer Jackeln zażądał wcielenia 70-80 tysięcy Litwinów do armii niemieckiej, a szef sztabu Frontu Północnego, marszałek polny Model, domagał się użycia batalionów litewskich do ochrony niemieckich lotnisk. Plechavičius stanowczo odrzucił te żądania. Wreszcie na początku kwietnia Niemcy naciskali generała, by ogłosił powszechną mobilizację. Tym razem także odmówił, argumentując - nie bez racji - że najpierw muszą zostać sformowane wszystkie bataliony Vietine. Rinktine.. W innym wypadku bowiem komendę nad napływającymi rekrutami przejęliby Niemcy. Rozbieżność niemieckich i litewskich oczekiwań była aż nadto widoczna. Kryzys narastał.
Jak Litwin z Polakiem
Pierwszego kwietnia oddziały Plechavičiusa weszły do Wilna. "Do waszego przybycia byliśmy karmieni celowymi pogłoskami wrogów, że nigdy nie przybędziecie i że my tu pozostaniemy na łasce Bożej. W naszym kraju męty podnosiły wciąż wyżej głowy. Bandy bandytów pokazywały się wciąż bliżej i bliżej [to o Armii Krajowej - AT]. Cały kraj pragnie spokoju, a spokój zostanie okupiony waszymi zdecydowaniem i energiczną pracą" - zachłystywało się litewskie pismo Ateitis. No i Korpus wziął się do pracy.
Wileńszczyznę zamieszkiwali głównie Białorusini i Polacy. Rząd londyński, a za nim konspiracja w kraju uznawały ją za integralną część państwa polskiego, Litwini zaś za historyczną część Litwy. Wkraczający na Wileńszczyznę Korpus Lokalny bronił litewskiego dziedzictwa, Armia Krajowa zaś stanęła w obronie legalizmu państwowego i polskiej ludności cywilnej. Jedni walczyli po stronie Niemiec, drudzy przeciw nim. Starcie było nieuniknione.
Plechavičius doskonale wiedział, że jego żołnierze na ziemi wileńskiej będą musieli stawić czoło głównie polskiej partyzantce, a nie sowieckiej. W sumie wysłał tam siedem batalionów (301.-306. i 308.). Czy nienawidził Polaków i chciał z nimi wojny? Niezupełnie. W załączniku do sprawozdania nr 9 BIP Okręgu Wileńskiego dla KG AK za kwiecień 1944 czytamy, że Plechavičius (Plechowicz) czuł się bardzo nieswojo w roli polakożercy. W dokumencie przytaczana jest interwencja generała na rzecz aresztowanego przez Niemców polskiego inżyniera. Wreszcie stwierdza się w nim, iż Plechavičius odbiega od "stereotypu Litwina" i w wielu sprawach można by spróbować się z nim dogadać. Niezależnie od osobistych preferencji generała doszło do walki.
Eskalacja nastąpiła na początku maja. Czwartego duży oddział plechawicziusowców wszedł do wsi Pawłowo, gdzie zamordował kilku cywilów. Został tam zaatakowany przez akowców pod komendą "Mocarnego". Litwini wycofali się, Polacy zaś rozstrzelali na miejscu jeńców, w tym dowodzącego oddziałem kapitana. Piątego w rejonie Graużyszek doszło do bitwy manewrowej 8. i 12. brygady AK z Vietine. Rinktine.. W jej efekcie 308. batalion litewski został rozproszony, na miejscu zginęło 37 Litwinów, a dalszych 10 podczas odwrotu, kilkudziesięciu odniosło rany. Siódmego na tyły grupy polskich partyzantów na szosie Staromalackiej, 28 kilometrów od Wilna, uderzył oddział Korpusu. Polacy ponieśli klęskę. Największa bitwa rozegrała się jednak w nocy z 13 na 14 maja w Murowanej Oszmiance i okolicach. Wzięły w niej udział 3., 8., 9. 12. i 13. brygady AK. W ciężkich walkach Litwini zostali rozgromieni. W Murowanej Oszmiance zginęło 51 żołnierzy litewskich, a 170 dostało się do niewoli. Kolejnych 115 trafiło w ręce AK w Tołminowie. Jeńców rozebrano do bielizny i w trzech kolumnach skierowano do Jaszun, Wilna i Oszmiany.
W raportach polskie dowództwo chwaliło się, że AK rozbiła wszystkie siedem batalionów Korpusu. Było w tym nieco przesady, ale faktem jest, że w powiecie oszmiańskim i wileńsko-trockim Armia Krajowa przejęła kontrolę nad terenami wiejskimi i leśnymi.
Koniec złudzeń
Generał Plechavičius ponosił porażki w bojach z Polakami, jednak najważniejszą walkę - choć nie zbrojną, lecz polityczną - stoczył z Niemcami. I ją także sromotnie przegrał. Niemcy postanowili ukrócić zabawę w litewską niezależność, zażądali więc złożenia przez żołnierzy Korpusu przysięgi na wierność Hitlerowi (taką rotę przysięgi składały na przykład łotewskie oddziały Waffen SS). Litwini odmówili.
Dziewiątego maja obergruppenführer Jackeln przejął komendę nad oddziałami Vietine. Rinktine. w Wilnie, jednostki w innych częściach Litwy miały być dowodzone przez komisarzy niemieckich. Litwinom kazano przywdziać mundury SS, a salutowanie zastąpić powitaniem Heil Hitler. Oznaczało to jawne pogwałcenie porozumienia i koniec litewskiej armii. W odpowiedzi dowództwo Korpusu rozkazało swoim oddziałom w polu, w tym na Wileńszczyźnie, wypełnianie rozkazów wyłącznie litewskich oficerów, odesłało też do domu kadetów szkoły oficerskiej w Mariampolu.
Niemcy zareagowali aresztowaniem 15 maja generała Plechavičiusa, pułkownika Oskarasa Urbonasa - szefa sztabu armii litewskiej - i innych wojskowych. Ogółem zatrzymano 40 oficerów oraz 3500 żołnierzy i cywilów. Vietine. poszedł w rozsypkę, wielu żołnierzy uciekło z bronią do lasu, inni zostali wcieleni do oddziałów niemieckich
W polskich źródłach można napotkać relacje, iż rozwiązanie Korpusu miało związek w porażkami w bojach z Polakami. Niemiecka akcja przeciw VR zaczęła się jednak jeszcze przed klęską litewską pod Murowaną Oszmianką. Może zresztą mały zapał Litwinów do walki z Polakami wynikał właśnie z niepewności o własną przyszłość? Niewątpliwe jest to, że Niemcy oszukali ich.
Polacy zarzucają formacji Plechavičiusa mordy na ludności cywilnej; AK donosiła o zabójstwach popełnionych przez plechawicziusowców przynajmniej w kilku miejscowościach gmin: Graużyszki, Oszmiana i Holszany. Ginęło zwykle nie więcej niż kilka osób, nie były to zatem pacyfikacje, ale pojedyncze zabójstwa. Należy wyraźnie odróżniać mordy armii Plechavičiusa od zbrodniczej działalności policji litewskiej, będącej na służbie niemieckiej. To właśnie ona ma na sumieniu udział w najgłośniejszej rzezi Polaków w czerwcu 1944 roku w Glinczyszkach i zabicie 27 osób. VR była już wówczas rozbita, a Plechavičius siedział w obozie koncentracyjnym. Mord spotkał się zresztą z odwetem. Piąta brygada AK dowodzona przez późniejszego bohatera podziemia antykomunistycznego Łupaszkę zamordowała 27 osób w litewskiej wsi Dubinki. Dziś stoi tam pomnik ofiar masakry, składał pod nim kwiaty prezydent RP Aleksander Kwaśniewski. Dubinki są dla Litwinów sztandarowym przykładem zbrodni wojennych popełnionych przez Armię Krajową.
Dwudziestego piątego czerwca zaś na osobisty rozkaz Wilka, dowódcy wileńskiego AK, polskie oddziały dokonały rajdu odwetowego na terytorium przedwojennej Litwy i zabiły kilkunastu Litwinów oskarżonych o współpracę z Niemcami. Nie byli oni nigdy obywatelami polskimi i żaden polski sąd podziemny nie miał prawa skazywać ich na śmierć za współpracę z kimkolwiek.
Po wojnie Plechavičius wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie kierował stowarzyszeniem weteranów armii litewskiej. Zmarł w 1973 roku. Prezydent Paksas udekorował go dokładnie w 40. rocznicę powstania VR. Czy generał zasłużył na honory? To już sprawa Litwinów. Niewątpliwie walczył o wolną Litwę. Choć poszedł na współpracę, nie godził się na rolę niemieckiej marionetki, a na tle ówczesnych wydarzeń był dość umiarkowany w zadawaniu śmierci. Żołnierze VR mieli na rękach krew Polaków, ale i AK zabijała litewskich cywilów. Jego wizja rozmijała się z wizją polską. Był naszym przeciwnikiem, ale przeciwnikiem godnym szacunku. Zresztą także AK uznawała plechawicziusowców za żołnierzy wrogiej armii i poza nielicznymi wyjątkami traktowała ich zgodnie z konwencją genewską. Zupełnie inaczej postępowano z policjantami litewskimi, uznawanymi za najemnych zbrodniarzy. Plechavičius z pewnością nie był jednym z nich.

A tu prawdziwa zbrodnia przeciw narodowi polskiemu
jest wymordowanie przez Sowietów ponad trzysta tysięcy Polaków w ramach wielkiej, antypolskiej czystki etnicznej lat 1937-1938. Według Mikołaja Iwanowa, autora tak ważnej, a wciąż za mało nagłośnionej książki Pierwszy naród ukarany, straty liczącej prawie 1 200 000 Polaków w okresie międzywojennym społeczności polskiej w ZSRR sięgnęły około 30 proc. całej liczby tamtejszych Polaków (por. M. Iwanow: Pierwszy naród ukarany. Polacy w Związku Radzieckim 1921-1939, Warszawa 1991, s. 8 i 377).
Według Normana Daviesa, Sowieci zabili w ciągu tych dwóch lat, tj. do czasu amnestii dla Polaków w 1941 roku, prawie siedmiokrotnie więcej osób niż Niemcy, bo aż 750 tysięcy (por. N. Davies: God's Playground, Oxford 1983, t. 2, s. 451). Ogromna cześć z tych 750 tysięcy osób stanowili Polacy, wymordowani lub doprowadzeni do śmierci przez wyniszczenie na Syberii. Według niektórych ocen, nawet te dane Daviesa mogą być zaniżone, bo już w pierwszych dwóch latach okupacji sowieckiej zamordowano lub doprowadzono do śmierci ponad milion obywateli polskich, w ogromnej części Polaków.

I trochę działalności Żydów obywateli Polskich w 1939 na ziemiach wschodnich

ęęłęóProfesor Ryszard Szawłowski tak pisał w swej monografii wojny polsko-sowieckiej 1939 roku o zagrożeniu dla Polaków stworzonym przez dywersje Żydów - komunistów w Grodnie: Nim jeszcze nastąpiła obrona Grodna przed wojskami sowieckimi, wybuchła w mieście zakrojona na szeroka skale dywersja komunistycznej "V kolumny". Złożona była ona prawie wyłącznie z miejscowych Żydów, którzy, jak już wspomnieliśmy, stanowili w 1939 roku polowe ludności miasta. Wśród Żydów tych istniał silny odłam probolszewicki. Wielu z nich żywiło zresztą niechęć czy wręcz nienawiść do Polaków i do Polski "w ogóle"; natomiast Rosja - każda Rosja - niektórym z nich imponowała (stąd na przykład praktykowane przez dużą cześć burżuazji żydowskiej na Kresach Wschodnich nieraz nawet demonstracyjne mówienie po rosyjsku).
W każdym razie od 17 września 1939 cześć ludności żydowskiej na Kresach entuzjastycznie witała wojska sowieckie, masowo zapełniała szeregi tworzonej przez okupantów "milicji ludowej", denuncjowała i aresztowała licznych Polaków. Istnieją na ten temat setki czy wręcz tysiące świadectw. Najbardziej "bojowy" okazał się jednak ów odłam komunistyczny w Grodnie, który doprowadził tam do jakiegoś na mała skale powstania.

Działalność żydowska musiała być wielka na wschodzie skoro:
11 czerwca 1942 roku, odpowiadając we własnoręcznie pisanej depeszy na oświadczenie przedstawicieli Agencji Żydowskiej, gen. Sikorski otwarcie zapytywał:
"Dlaczego jednak dotąd oficjalne koła żydowskie nie potępiły jawnej zdrady i innych zbrodni, jakich się wobec Polski i polskich obywateli dopuszczali przez cały czas okupacji sowieckiej?"

Moim zdaniem jeżeli mamy rozliczać to chyba powinniśmy dokładnie wiedzieć kogo i za co A nie od razu „ruszać z szabelką na Kijów”.

Zresztą moim zdaniem wszyscy już na Wschodzie „zapłacili” za zbrodnie. Miliony pomordowanych. Utraty państwowości na 50 lat i 50 lat okupacji sowieckiej, a sami Rosjanie....
Oni chyba nigdy nie wyrażą skruchy za zbrodnie stalinowskie, oni sami nie uporali się z nimi w swojej narodowej świadomości jest to temat tabu i to jest straszne!!!

Pozdrawiam

Tekstowi Semki odpowiedź wrocławian z dzisiejszej "Rzepy":

Duch wrocławskiego patriotyzmu

Jest różnica między czczeniem Bismarcka a używaniem nazwy Hala Stulecia, która nie budzi w powszechnej świadomości skojarzeń z dziedzictwem niemieckim. Fenomen polskiego zakorzenienia we Wrocławiu jest tak silny, że możemy bez strachu myśleć o pruskiej przeszłości

Piotr Semka w tekście "Wywoływanie pruskich duchów" opisuje fenomen rehabilitacji niemieckiej przeszłości ziem północnych i zachodnich, przypisując istotne znaczenie decyzji o wpisaniu na listę światowego dziedzictwa UNESCO wybitnego dzieła architektonicznego Maksa Berga pod starą nazwą Hali Stulecia. Decyzja ta zdaniem autora zawiera w sobie aprobatę dla pruskiej przeszłości Wrocławia i oznacza przekroczenie kolejnej granicy w procesie, który musi skutkować osłabieniem identyfikacji z polskością regionów, które należały do Niemiec przed 1939 rokiem. Można zgodzić się z Piotrem Semką, który od lat zajmuje się analizą polityki historycznej, że problem rehabilitacji, a w skrajnych wypadkach fascynacji niemczyzną nie jest fikcją wymyśloną w kręgach radykalnych nacjonalistów. Upamiętnienie Bismarcka w Nakomiadach jest jednym z przypadków tego zjawiska.

Stara nazwa już od 2005 r

Jednak Piotr Semka nie ma racji, gdy twierdzi, że wpis na listę UNESCO Hali Stulecia ma przełomowe i negatywne znaczenie dla opisywanego problemu. Nie ma racji nie tylko ze względu na charakter decyzji podejmowanych przez UNESCO. Nie ma racji przede wszystkim z tego powodu, że tworzy fałszywy obraz Wrocławia, pomijając fakt, że współczesna tożsamość miasta i model patriotyzmu wrocławian świadczą o żywotności i dynamice polskości.

Najpierw o samej decyzji UNESCO, które wpisało na listę światowego dziedzictwa obiekt w pierwotnej nazwie znanej powszechnie w kręgach specjalistów zajmujących się architekturą i ochroną zabytków. Warto przypomnieć, że już wcześniej, bo w roku 2005, prezydent RP ustanowił pomnik historii pod nazwą Hala Stulecia. Był to warunek starań o wpis na listę światowego dziedzictwa. . Twierdzenie, że Hala Stulecia była jednoznacznym aktem pruskiego imperializmu, budzić może poważne wątpliwości. Powstania Hali nie można wiązać z ustanowieniem Krzyża Żelaznego. Ale nawet gdyby opinie historyków były bliższe ocenom Piotra Semki, to trzeba widzieć kolosalną różnicę między upamiętnieniem Bismarcka czy cesarza Wilhelma a używaniem nazwy Hala Stulecia, która nie budzi w powszechnej świadomości skojarzeń z dziedzictwem niemieckim. Tym bardziej że alternatywna nazwa - Hala Ludowa - nie jest również wolna od złych konotacji historycznych.

W świadomości miasta Hala jest miejscem rekreacji, znakomitych spektakli operowych i sukcesów Śląska Wrocław w koszykówce i pamiętnego nabożeństwa ekumenicznego odprawionego przez Jana Pawła II w czasie Kongresu Eucharystycznego. Pomyślmy również o samej budowli. Dzieło Berga nie ma w wymiarze architektonicznym nacjonalistycznego sensu, ta unikatowa sala zgromadzeń skonstruowana została w ascetycznej i ekspresyjnej formie.

Wrocławska formuła polskości

Co istotniejsze, wpis Hali Stulecia na listę UNESCO nie może wpłynąć na proces kształtowania tożsamości miast. Wrocław jest miastem definitywnie złączonym z Polską i polską kulturą, miastem pozytywnego patriotyzmu, które odnosi się z szacunkiem do dziedzictwa stworzonego przez Czechów, Austriaków i Niemców. Szacunek ten nie przeradzał się nigdy w próbę budowy tożsamości miasta poprzez powrót do historii sprzed 1939 roku i lekceważenie polskich dokonań.

Fenomen powojennego zakorzenienia i polskich dokonań we Wrocławiu jest tak silny i owocny, że możemy bez strachu myśleć o pruskich duchach. Decydujące znaczenie w kształtowaniu się specyfiki wrocławskiego doświadczenia miały trzy czynniki, które sprawiły, że stolica Dolnego Śląska to jedno z miast odgrywających kluczową rolę w powojennej historii Polski.

Pierwszym czynnikiem jest wielki wysiłek cywilizacyjny podjęty przez mieszkańców grodu nad Odrą. Jego owoce - rozmaite osiągnięcia i sukcesy widoczne zarówno w dorobku materialnym, jak i duchowym mają trwały charakter. Nie można pominąć integracyjnej roli Kościoła katolickiego i historycznego znaczenia Orędzia biskupów polskich do biskupów niemieckich przygotowanego przez wrocławskiego kardynała Bolesława Kominka.

Drugi czynnik to obecność kultury mieszkańców dawnych Kresów Wschodnich na terenach przyłączonych do Polski w roku 1945. Jakże istotnym wkładem byłych mieszkańców Lwowa i innych miast kresowych okazało się dziedzictwo kulturowe, które wraz nimi przywędrowało na zachód. Kultura kresowa jest obecna w otwartym i gościnnym obyczaju miasta, kontynuacji tradycji nauki lwowskiej, obecności Ossolineum, Panoramy Racławickiej, madonn kresowych we wrocławskich kościołach. Wreszcie jako trzeci czynnik należy wskazać szczególną pozycję Wrocławia w dziejach polskiej wolności. Był on najżywotniejszym, po Trójmieście, ośrodkiem solidarnościowego oporu w latach 80. To te czynniki kulturowe są podstawą dokonań miasta po 1989 r. w czasie prezydentury Bogdana Zdrojewskiego i dynamiki współczesnego Wrocławia.

Wrocławianie jak mało kto (w porównaniu z innymi polskimi miastami) czują się u siebie. Potwierdzają to zresztą wielokrotnie przeprowadzane badania, z których wyraźnie wynika, że Wrocław charakteryzuje się wyjątkowo wysokim poziomem patriotyzmu - patriotyzmu lokalnego i tożsamości lokalnej. Chodzi mianowicie o to, że Wrocław jest wspaniałym polskim miastem, które w otwarty, wyzbyty kompleksów sposób potwierdza swą polskość i tolerancję, szacunek wobec swej wielonarodowej i wielokulturowej przeszłości.

Współczesność nadaje nowy sens symbolom dawnego Wrocławia. Gdy relikwie świętej Doroty, patronki mieszczaństwa niemieckiego, i herma relikwiarzowa na mocy decyzji Ministerstwa Kultury wróciły do Wrocławia z Muzeum Narodowego w Warszawie w 2000 roku, zostały przyjęte jako ważny skarb polskiej i chrześcijańskiej wspólnoty. Nigdy symbole te nie miały ściśle partykularnego sensu, skoro w roku 1350 wzniesiono kościół pw. św. Doroty,św. Wacława i św. Stanisława, co było świadectwem wielonarodowego charakteru miasta.

Miasto spotkań

Czy patriotyzm czerpiący dumę z własnych osiągnięć i otwarty na innych nie ma najbardziej przyszłościowego wymiaru? Przyjeżdżający do Wrocławia Niemcy są zaskoczeni nie tylko tolerancją, ale również mocą polskiego zakorzenienia. Jeśli Wrocław określa się jako miasto spotkań (określenia tego użył Jan Paweł II w czasie homilii podczas Kongresu Eucharystycznego), podkreślając przez to otwartość miasta, to nie oznacza to wyboru tożsamości kosztem osłabienia związku z polska kulturą.

Wypada w tym miejscu zauważyć, że społeczności polskich miast na ziemiach zachodnich muszą odnieść się do przedwojennej historii i dokonań innych narodów. Postawa szacunku dla dokonań w sferze kultury jest jak najwłaściwsza i jeśli nie przeradza się w podszytą kompleksem fascynację innymi kulturami, nie zawiera w sobie żadnego niebezpieczeństwa. W pierwszej kolejności chodzi o respekt dla dorobku ludzi nauki i artystów, takich choćby jak nobliści: matematyk i fizyk Max Born czy dramaturg Gerhart Hauptmann.

Postawa niepamięci, usunięcia poza nawias przeszłości miasta była możliwa tylko w dyktaturze dławiącej swobodę dyskusji. Szacunek dla przeszłości nie jest płytkim idealizmem. Zbrodnie nazistowskie, pruski nacjonalizm, świadomość tego, że niemiecki nacjonalizm utorował drogę nazizmowi - to wszystko musi być uwzględnione. Trzeba przypomnieć wrocławskie obchody 60. rocznicy wyjątkowo okrutnej we Wrocławiu kryształowej nocy. W uroczystościach uczestniczyły władze miasta i premier Jerzy Buzek, dając wyraz pamięci o nazistowskich zbrodniach popełnionych na ludności żydowskiej.

Piotr Semka pisze o mieszczącej się w kanonie politycznej poprawności "awersji do jakiejkolwiek formy polityki historycznej przy jednoczesnej obojętności wobec powrotu do pruskiej symboliki". Te słowa nie są prawdziwą charakterystyką polityki pamięci we Wrocławiu. Żadna z decyzji Rady Miasta po 1990 r. nie oznaczała aprobaty dla pruskiego imperializmu.

Redakcja "Rzeczpospolitej" zamieściła jako ilustrację tekstu Semki kolorowy herb Wrocławia wprowadzony przez nazistów w 1938 roku. Ten gest uważamy za niestosowny i obraźliwy w stosunku do wrocławian, bowiem może on być odebrany (choć z pewnością nie takie były intencje) jako sugestia, że we współczesnym wrocławskim myśleniu o stolicy Dolnego Śląska pojawiają się wątki nawiązujące do jej nazistowskiego okresu. Przyjęty przez Radę Miasta w 1990 r. herb Wrocławia nawiązuje do ustanowionego przez cesarza Karola V w 1530 roku (to ten herb został zniesiony w 1938 roku) i zawiera elementy nawiązujące do pierwszego piastowskiego okresu miasta (orzeł Piastów śląskich) oraz motywy chrześcijańskie - podobizny Jana Chrzciciela oraz Jana Ewangelisty.

Polska historia coraz bardziej obecna

Trzeba też zwrócić uwagę na wzniesione ostatnio pomniki kardynała Kominka - obrońcy polskości i prawdziwego animatora jedności Europy i dialogu polsko-niemieckiego - i Fryderyka Chopina. Jest plan wzniesienia pomnika Bolesława Chrobrego, który będzie jedną z atrakcji turystycznych Wrocławia, przypominając o tysiącletniej, zwłaszcza piastowskiej, przeszłości miasta. Trwają też przygotowania do odsłonięcia pomnika Wojciecha Korfantego. W ostatnich dniach z inicjatywy wojewody Krzysztofa Grzelczyka odsłonięto tablicę upamiętniającą działalność grupy Olimp polskiej konspiracji we Wrocławiu w czasie II wojny światowej.

Ale najistotniejsze znaczenie ma skala inicjatyw pozytywnych promujących polski dorobek historyczny. Trzeba zacząć od nowych przedsięwzięć Ossolineum znakomicie kierowanego przez Adolfa Juzwenkę oraz niedawno powołanego Ośrodka Pamięć i Przyszłość.

Wkrótce w jednej z remontowanych kamienic na rynku wrocławskim powstanie w ramach Ossolineum Muzeum Polskiego Romantyzmu. W zbiorach Ossolineum znajduje się rękopis "Pana Tadeusza". Poza nim są tam inne polskie autografy XIX wieku, na przykład fascynujące rękopisy Juliusza Słowackiego. Literatura romantyczna i postromantyczna jest niezwykle ważna, gdyż stanowiła potężne źródło inspiracji dla XIX- i XX-wiecznych zrywów niepodległościowych.

Z kolei powołanie Ośrodka Pamięć i Przyszłość - nowej państwowej instytucji kultury na ziemiach zachodnich - oznacza stworzenie instytucjonalnych warunków do prezentacji polskiego dorobku cywilizacyjnego i kulturowego na tych ziemiach. Wystawy, edukacja, badania naukowe - będą to główne zadania tej instytucji. Ośrodek będzie też organizatorem Muzeum Ziem Zachodnich - placówki dokumentującej wysiłek cywilizacyjny Polaków na terenach, które znalazły się po roku 1945 w granicach państwa polskiego, w tym m.in. dokonania pionierów odbudowujących Wrocław z ruin wojennych.

Ten obraz uzupełnia działalność założonego przez Jana Nowaka-Jeziorańskiego Kolegium Europy Wschodniej - instytucji animującej współpracę w wielu dziedzinach między Polską a Ukrainą i Białorusią, co świadczy o żywotności kresowego dziedzictwa we Wrocławiu. [...]

Wznawiane po latach pisarstwo Jasienicy dało nam dobry wzór historycznej refleksji, widzenia Polski jako ważnego podmiotu europejskiej historii, patriotyzmu bez nacjonalistycznych niebezpieczeństw. Mamy pewność, że ten właśnie duch panuje we Wrocławiu, jest największym kapitałem miasta i pozwala z optymizmem myśleć o roli Wrocławia. Wierzymy również w uniwersalny sens polskich dokonań na ziemiach zachodnich po 1945 roku, dlatego też przytaczamy na koniec fragment aktu założycielskiego wspomnianego Ośrodka Pamięć i Przyszłość: "Wartości historyczne i kulturowe stworzone przez Polaków na ziemiach zachodnich po okresie wielkich cierpień i zniszczeń II wojny Światowej miały ogromne znaczenie w historii Polski, kontynuowały najlepsze tradycje Rzeczypospolitej i wywarły istotny wpływ na przezwyciężenie podziału Europy".

Kazimierz Michał Ujazdowski minister kultury i dziedzictwa narodowego Od 1997 roku sprawuje mandat posła ziemi wrocławskiej

Rafał Dutkiewicz prezydent Wrocławia, w 1990 r. przewodniczący Komitetu Obywatelskiego "S" we Wrocławiu


Źródło: Rzeczpospolita

Autorom chyba niedaleko do Rzygaczy...