Oglądasz wypowiedzi wyszukane dla hasła: Herbert Martwa Natura z
·
Wyniki poszukiwań raczej marne, ale podzielę się chociaż tym, co mam. W artykule "Literatura a sztuki plastyczne" Waldemar Okoń wskazuje jedynie na twórców, których zajmowała ta tematyka. Wymienia Jastruna, Śliwiaka, Kubiaka, Szymborską, Przybosia, Gałczyńskiego. Ani z pamięci, ani z tego, co stoi u mnie na półkach nie potrafię odtworzyć konkretnych tytułów.
Choć to nie poezja, ale może również warto wspomnieć o "Barbarzyńcy w ogrodzie" i "Martwej naturze z wędzidłem" Herberta?
Pozdrawiam, Telik.
|
Empik jest niebezpieczny. Nabyłem dziś Martwą naturę z wędzidłem i Labirynt nad morzem Herberta oraz Sprawiedliwe wyroki sędziego Baogonga anonima z XVI wieku. Ponadto pocztą przyleciały kupione na Allegro Utwory wierszem i prozą Bursy.
Niech jeszcze przyjdzie ten kurier, ale potem trzeba się trochę wstrzymać z zakupami. :postanowienie:
|
Jan Józef Szczepański, Przed nieznanym trybunałem. Eseje, a jak. Z tego, co pamiętam, ciekawe. Problem polega na tym, że ich za dobrze nie pamiętam, nie wiem, w jakim stanie umysłowym je czytałam
Stempowski, Esej dla Kassandry, który zresztą kończę i Tekturowy samolot Stasiuka, ten ostatni dobry, ale nieco ciężkostrawny. Pisany w myśl zasady, że eseje należy przyswajać kilkakrotnie. Taaaak, tylko kiedy, skoro koniec listopada jest terminem nieubłaganym?
Esej od strony teoretycznej – czyli artykuły o eseju, nazwisk autorów, poza Głowalą, nie pamiętam i Nowoczesny esej. Studium historycznej świadomości gatunku Sendyki, które to Strudium.. jest najbardziej natchnioną pozycją teoretycznoliteracką, jaką miałam okazję spotkać. Autorka bardziej niż badaczką eseju okazuje się jego kapłanką. Cóż, bywa.
Jakoś gdzieś po drodze doczytałam Amerykańskich bogów i Koralinę Gaimana. A teraz powtarzam Martwą naturę z wędzidłem Herberta, patrząc na nią pod kątem mojej pracy w czasie przyszłym, doszukując się wielopostaciowych prawd i symboliki tulipana
|
Ech, mam wrażenie, że jakiś czas temu pisałam baaaardzo podobnego posta.
Powtórka szeroko rozumianego romansu z esejem. Kołakowski (Mini-wykłady..., dwie serie), Miłosz (Widzenia...), Stasiuk (Tekturowy samolot), Herbert (Martwa natura z wędzidłem, Labirynt nad morzem). Eseje Herberta są świetne.
Przejrzałam Próby Montaigne'a, bez większych sukcesów. Przeczytałam Uciekiniera z Utopii - o poezji Z. Herberta Barańczaka. Wszelkie odczucia i refleksje wymagałyby myślenia, więc na tym optymistycznym akcencie skończę.
|
To co w takim razie robił Schroeder na spotkaniach ziomkostw i co im obiecywał ? A co robi Merkel obecnie ? Po co powstają Muzea pamięci wypędzonych szwabów ? Do czego to wszystko prowadzi ? Skoro szwaby zostali wypędzeni i według nich z katów stali się ofiarami to należy im sie zwrot mienia które utracili . I tutaj działają ręka w rękę z żydłakimi jako ofiary Polaków i to nie kto inny będzie im płacił i zwracał mienie jak właśnie My i Nasze dzieci a może nawet wnuki. RAS w tym wypadku spełnia role trojańskiego konia ! Kiedyś to się na nas sromotnie zemści Ripo wytlumaczenie jest tylko jedno ktore kiedys juz Herbert zapodal oni chca zwrotu w naturze czyli dobr ktore mozna opylic(prawdopodobnie polakom bo kto inny kupi ) a Schredera juz niema napewno nie beda w obecnej sytuacji osiedlac rodakow zreszta przejebali juz raz drugi raz tez przejebia jedyne co mnie martwi to to ze przed sadem ktory nie ma prawa sadzic w Polsce
|
Ula juz napisala o tej ksiazce, a myslalam, ze bede pierwsza "Cien wiatru" Zafona nosilam za soba wszedzie, czytalam prawie bez przerwy... w te ksiazke wpadlam po uszy, i do dzis nie schowalam jej nigdzie gleboko, miedzy ksiazki przeczytane, tylko mam na wierzchu i zagladam... kupilam ja nawet Babci pod choinke w polskim wydaniu
z innych rzeczy lubie bardzo Alessandro Baricco (nie wiem, czy tlumaczony na polski...?), Kapuscinskiego, eseje Herberta (trzy ksiazki "Labirynt nad morzem", "martwa natura z wędzidłem" i "barbarzyńca w ogrodzie" - polecam!, i ksiazki troche naukowe, ale patrzace na nauke oczami pasjonata : Richard Dawkins "Rzeka genów" (genialne, po prostu wciaga), i Philip Ball "H2O" (tez nie wiem, czy przetlumaczona na polski - po ang. i wł. jest na pewno)
teraz poniekad z przymusu (do egzaminu) zaczne sie zaglebiac w literature wloska xx wieku - jak mnie cos zachwyci to powiem
|
Nigdzie takiego tematu nie widziałam, więc zakładam. Bo musze się z wami moją radością podzielić. Otóż. Dziś byłam sobie w Bibliotece miejskiej, szukałam eseistyki Herberta (na prace konkursową). A jako że zbiór esejow ' Martwa natura z wędzidłem' nawiązuje bezpośrednio do malarstwa holenderskiego, to poszłam sobie jeszcze do działu 'sztuka' żeby sobie coś tym malarstwie poczytać. No ale do rzeczy. Schylam się po książke z obrazami, a tu nagle patrze.. kątem oka uśmiecha sie do mnie Yoko. Odsłaniam jej twarz.. a tam John. Ksiażka "Niedokonczona Ballada". Szczena mi opadła bo wielokrotnie dopytywałam się o jakiejś książki o Johnie i nic nie było. No ale dobra. Biore książke do ręki, cała zachwycona, nagle patrze, a dam dalej szeroko uśmiecha się do mnie "John Lennon sam o sobie". No myślałam że zemdleje. No ale ok. Z Biblioteki wyszłam z 2 ponadprogramowymi książkami, za to z żadną właściwą. Z "Here today" w uszach i raz to z jedną, raz to z drugą książką przed oczami pojechałam busem do domu. No... to tyle narazie. A no.. nie, najważniejszego jeszcze nie powiedziałam. Bo wiecie, jest w tych ksiażkach pare fragmentów ktore można by przedyskutować, w ogóle, o książkach, o autorach, o ich wiarygodności podyskutować, napisać jakieś ciekawe fragmenty, i tak w ogóle napisać więcej niż "Nagi George"  ... so.. czytałyście? Jak wrażenia? Ja napisze później, teraz musze sie Herbertem zająć. Tak na przemiennie czytam. Bitle - Herbert
|
ostatnio trochę powieścio-historycznie.
'Nie ponaglaj rzeki' James Conroyd Martin, jestem w trakcie drugiej części 'Pod purpurowym niebem'
wcześniej
'martwa natura z wędzidŁem' Herberta - polecam szczególnie interesującym się Holandią lub malarstwem holenderskim
poezje PodsiadŁy - genialny poeta, taaa
|
Wiktor Jerofiejew Życie z idiotą, największe wrażenie - Papuga. Herbert Martwa natura z wędzidłem. Fernando Vallejo matka boska od morderców ogólnie krótkie rzeczy ostatnio, bo nauka. Prawda Terrego Pratchetta, zgrabnie napisana. W Nowej fantastyce Dzieciaki polecam. Lidia Amejko Głośne historie, nie mogę się doczekać wydania Żywotów świętych osiedlowych
|
Co ja o nim myślę? Pewnie że mistrz, mam prawie wszystkie jego książki. Moje zainteresowanie Herbertem sięga dawnych czasów i tak jak patrzę na to teraz, to jest on dla mnie bardziej mistrzem niezłomnej postawy życiowej niż literackim. Mogę się nie wypowiadać o poezji? Jest dobra, ale ja wolałem jego formy prozatorskie, Barbarzyńcę, Labirynt nad morzem. Jego pasja poznawania, szczególnie kultury helleńskiej, była nie do zmiażdżenia, co odwzorowują te dwie książki oraz Martwa natura z wędzidłem. Podróżował ciągle mimo trudności jakie mu towarzyszyły. Chociaż już odszedł, odczuwam żal z tego powodu, że żył w takich podłych czasach. Mam wrażenie, że napisałby więcej i lepiej gdyby żył w dzisiaj, był moim rówieśnikiem.
|
 Zbigniew Herbert (ur. 29 października 1924 we Lwowie, zm. 28 lipca 1998 w Warszawie), polski poeta, eseista, dramatopisarz, autor słuchowisk, kawaler Orderu Orła Białego. Z wykształcenia ekonomista i prawnik. W czasie wojny był żołnierzem AK. Jako poeta na łamach prasy zadebiutował w 1950, natomiast będący jego debiutem książkowym tom wierszy Struna światła ukazał się w 1956. Do najbardziej cenionych dzieł Herberta należy cykl utworów o Panu Cogito, postaci zanurzonej we współczesności, a jednocześnie mocno zakorzenionej w europejskiej tradycji kulturowej. W latach 80-tych stał się Herbert sztandarowym poetą polskiej opozycji. Od 1986 mieszkał w Paryżu, gdzie współpracował z Zeszytami Literackimi, do Polski wrócił w 1992. 10 lipca 2007 r. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej uchwalił rok 2008 Rokiem Zbigniewa Herberta. Herbert Zbigniew - Obrona Templariuszy Herbert Zbigniew - Martwa natura z wędzidłem Herbert Zbigniew - Elegia Na Odejście Herbert Zbigniew - Barbarzynca w ogrodzie Herbert Zbigniew - Dramaty Herbert Zbigniew - Pan Cogito http://www.4shared.com/dir/1407120/8fd8 ... gniew.html
|
Na studia czytam sobie poetów metafizycznych (Donne, Marvell, Herbert - szczerze polecam) i eseje o nich, do tego Williama Blake'a (niejako must dla niektórych erpegowców), Samuela Coleridge'a i innych brytyjskich romantyków (+ eseje), a poza tym, podtrzymując tradycję czytania kilku ksiażek naraz,
- trzeci albo czwart raz, tym razem w nowym wydaniu "Amerykańscy Bogowie", - "Krytyka Zbrodniczego Rozumu", głośno było, nie było po co, niestety, - "Watching the English", świetne, dowcipne opracowanie antropologiczne najprostszych unikalnych zachowań Anglików,
i obiecuję sobie dokończyć Mayę Deren, ksiązkę o haitańskim voodoo. Ale co z tego będzie, nie wiem, zwłaszcza, że kupiłem starszej "Martwą naturę z wędzidłem" Zbigniewa Herberta i już wiem, co czytam później
Iman, a o czym piszesz i mówisz na prezentacji? Pochwal się.
JB
|
ŻEBY BYŁ PORZĄDEK... Bordowicz|Maciej Z.|wiersz dedykowany Picasso "Pieśń o Guernice" w wątku "Co czytam?".
Gałczyński||W artykule "Literatura a sztuki plastyczne" Waldemar Okoń wskazuje
Gałczyński||Na dłonie Krystyny księżniczki Mediolanu malowanej przez malarza Holbeina
Grochowiak|Stanisław|"Płonąca żyrafa"
Grochowiak|Stanisław|"Bellini <Pieta<"
Herbert|Zbigniew|"Gauguin Koniec"
Herbert||o Ikarze
Herbert||"Barbarzyńcy w ogrodzie" i "Martwej naturze z wędzidłem"
Herbert|Zbigniew|"Mona Liza"
Iłłakowiczówna||- "Obraz szkoły flamandzkiej";
Jastrun||W artykule "Literatura a sztuki plastyczne" Waldemar Okoń wskazuje
Kaczmarski|Jacek|(dużo)
Kubiak|Tadeusz|Lekcja anatomii
Kubiak||W artykule "Literatura a sztuki plastyczne" Waldemar Okoń wskazuje
Pawlikowska-Jasnorzewska||Olejne Jabłka"(?), "Ptaszki japońskie", "Stary olejny obraz"(?);
Poświatowska|Halina|ona nosi imię wysokiego słonecznika (Van Gogh)
Przerwa-Tetmajer|Kazimierz|"Danae Tycjana"
Przyboś||W artykule "Literatura a sztuki plastyczne" Waldemar Okoń wskazuje
Rosen|Jan Henryk|- "Śmierć świętego Hilarego", "Śmierć świętego Szczepana"; "Przed Madonną Sykstyńską"; Teksty do obrazów
Różewicz||"Sztuka Makowskiego" i tenże wiersz o Mona Lisie
Staff||"Venus" i ewentualnie "Zatarty fresk"
Szymborska||Kobiety Rubensa
Szymborska||"miniatura średniowieczna"
Szymborska||W artykule "Literatura a sztuki plastyczne" Waldemar Okoń wskazuje
Śliwiak||W artykule "Literatura a sztuki plastyczne" Waldemar Okoń wskazuje
Zagajewski||Przepisane...
MAREK P.
|
W dyskusji o słowach najtrudniej ustalić właściwe słowa :) Ja też tego nie zrobię. Kiedy Herbert bierze na warsztat mit, słowo-mit, pojęcie-mit, demitologizuje w sposób specyficzny: odczytuje na nowo. To tak jak z Nowym Przymierzem, co to miało w moim rozumieniu przybliżyć Boga człowiekowi. I w takim znaczeniu jest to również deideologizacja; glossa na marginesie języka (pojęć), ponowne odczytanie i ponowna interpretacja na poziomie możliwości (i chęci: pobożnych zyczeń) poznawczych współczesnego twórcy/odbiorcy słowa. Przy czym teksty Herberta nie są w żaden sposób napastliwe; nie sądzę by miały w założeniu jakikolwiek pierwiastek propagandowy. Maja wymiar ludzki - jednostkowy, nawet wtedy gdy zahaczają o kwestie etyczne, robią to kameralnie, bez 'romantycznej' tuby. Innymi słowy: gdy czytam - wiem że
zalężenie ziarnka nowej, mojej, prywatnej mitologii.
[...] Bo anty_propagandowość w poezji Herberta wydaje się być programowa. Owa sterylizacja języka - niemal do granic możliwości, która tak przeszkadza części czytelnikom. Owa czystość i klarowność obrazowania. Owa skrupulatność w budowie poszczególnych tomów poezji. Inaczej rzecz ma się z "Barbarzyńcą w ogrodzie" czy "Martwą naturą z wędzidłem". Tam jakby wszystko jest inne:
Jednym z najpiękniejszych portretów zwierzęcych, i to nie tylko sztuki paleolitycznej, ale wszystkich czasów, jest tak zwany koń chiński. Nazwa nie oznacza rasy; wyraża hołd złożony rysunkowej perfekcji mistrza z Lascaux. Czarny, miękki kontur, nasycający się i zanikający, stanowi nie tylko obrys, ale modeluje masę ciała. Krótka jak u koni cyrkowych grzywa, rozpędzone, dudniące kopyta. Ochra nie wypełnia całego ciała, brzuch i nogi są białe. Zdaję sobie sprawę, że wszelki opis - inwentarz elementów, bezsilny jest wobec tego arcydzieła, które ma tak oślepiającą i oczywistą jedność. Tylko poezje i baśń mają moc błyskawicznego kreowania rzeczy. Więc chciałoby się powiedzieć: "Był sobie raz piękny koń z Lascaux" [Z. Herbert, Barbarzyńca w ogrodzie, Wrocław 1995, s. 11-12].
Dzięki za przypomnienie fragmentów z "Mistrza i Małgorzaty" Bułhakowa. Jakoś niezasłużenie wylądował u mnie w drugich rzędach (mam na myśli to wydawnictwo z "Czytelnika" - wielkie oko z małą twarzą). No i gdzie jest Asasello?
w.
Pozdrawiam, Telik.
|
Bo anty_propagandowość w poezji Herberta wydaje się być programowa. Owa sterylizacja języka - niemal do granic możliwości, która tak przeszkadza części czytelnikom. Owa czystość i klarowność obrazowania. Owa skrupulatność w budowie poszczególnych tomów poezji.
Emocje wykluwają się same, bez szytej grubymi nićmi pomocy autora :) Uczę się czytać Herberta i jednocześnie ponoszę klęskę we wszelkich próbach naśladowania intencji tej poezji. Dla świetnego poety strasznie uciążliwa być musi wieczna niepewność przekładni: ascetyzm formy/lektura emocjonalna. Wywoływać - bez nazywania, poruszać obrazem, skojarzeniem, relacją. -- Oko obiektywu. Inaczej rzecz ma się z "Barbarzyńcą w ogrodzie" czy "Martwą naturą z wędzidłem". Tam jakby wszystko jest inne:
To spróbuję się zrewanżować :) "[...] natknąłem się na obraz nie znanego mi malarza. Od razu pojąłem, choć trudno byłoby to racjonalnie wytłumaczyć, iż stało się coś ważnego, istotnego, coś znacznie więcej niż przypadkowe spotkanie w tłumie arcydzieł. Jak określić ten stan wewnętrzny? Obudzona nagle ostra ciekawość, napięta uwaga, zmysły postawione w stan alarmu, nadzieja przygody, zgoda na olśnienie. Doznałem niemal fizycznego uczucia - jakby ktoś mnie zawołał, wezwał do siebie. Obraz zapisał się w pamięci na długie lata - wyraźny, natarczywy - a przecież nie był to wizerunek twarzy o pałającym spojrzeniu ani też żadna dramatyczna scena, lecz spokojna, statyczna, martwa natura. [...] Najbardziej fascynujące było tło. Czarne, głębokie jak przepaść, a zarazem płaskie jak lustro, dotykalne i gubiące się w perspektywach nieskończoności. Przeźroczysta pokrywa czeluści."
Dzięki za przypomnienie fragmentów z "Mistrza i Małgorzaty" Bułhakowa. Jakoś niezasłużenie wylądował u mnie w drugich rzędach (mam na myśli to wydawnictwo z "Czytelnika" - wielkie oko z małą twarzą).
Mam sentyment, bo właśnie to wydanie, z rozsypującymi się na wszystkie strony kartkami, trafiło mi w ręce po raz pierwszy. BN ma trochę poręczniejszy format ;) No i gdzie jest Asasello?
Niby wiem gdzie jest. Ale też wolałbym, żeby był tu. w.
|
Barbarzyńca w ogrodzie, Martwa natura z wędzidłem - dwie pozycje Herberta które powinien przeczytać każdy, kto czuje się Europejczykiem...
|
Zbigniew Herbert - "Martwa natura z wędzidłem"
Napawde ciekawych rzeczy można się dowiedzieć o Holendrach
|
Ha! Jestem genialny. Zbigniew Herbert, Martwa natura z wędzidłem, „Cena sztuki”. (Czwarty akapit od końca. )
|
Wszystko czerwone Chmielewskiej, na które gwałtownie miałam ochotę po dokończeniu Miłosza. Podziałało zgodnie z przeznaczeniem Eseje: Martwa natura z wędzidłem Herberta. Ciekawe, moim zdaniem ciekawsze niż początek Barbarzyńcy w ogrodzie, nie mogę się wypowiadać co do całości, bo na razie nie dokończyłam Lubię styl Herberta (zwłaszcza po Miłoszu), jego – dosyć subtelne – poczucie humoru, i plastyczność wypowiedzi. A nie sądziłam, żeby bardzo mnie porwały eseje o Holandii i holenderskim malarstwie Dalej, Zagajewski, W cudzym pięknie. Bardzo zgrabnie napisane eseje, oscylujące wokół Krakowa, jakby nieuporządkowane. Miejscami nadmiernie „natchnione”, jak na mój skromny gust, ale czytało się dobrze. Potem Szczeliny istnienia, nazwiska autorki zapomniałam. Nie skończyłam, właściwie trudno mówić, żebym zaczęła, poległam na którejś z kilkunastu pierwszych stron. Nie zamierzam kończyć, zraziła mnie miłość autorki do wiśni i jej wieszcze natchnienie tymże owocem. Chodzi o to, żeby zobaczyć siebie przez owoc wiśni (cytat z pamięci, ksiązka jest za daleko ), Nie widzę w wiśniach nic bardziej metafizycznego niż w czereśni, winogronie czy innej gruszce, w wszechświecie widzianym z perspektywy czy też przez pryzmat wiśni nie dostrzegam niczego inspirującego. Przykro mi, widocznie jestem nieczuła, a ilość ontologicznych powiązań wiśni na kolejnych stronach tylko mnie w tej nieczułości utwierdza, brr… Od pani, która popełniła Szczeliny istnienia uciekłam z powrotem do Herberta i Labiryntu nad morzem, który właśnie wykańczam. Jakkolwiek tematyka Labiryntu.. jest mi bliższa, to Martwą naturę…. czytało mi się lepiej. Co nie znaczy, że Labirynt… nie jest ciekawy..
Aaa, w ramach odskoczni od esejów, przeczytałam Kubusia Puchatka i Chatkę Puchatka. A co
|
Porzucam lingwistyczny nastrój naszego forum i polecam jutro kupi? Rzep?. Cytuj? monit, który zainteresuje chyba nie tylko mnie :)
Warszawski Festiwal Poezji im. Zbigniewa Herberta informuje wszystkich mi?o?ników twórczo?ci Zbigniewa Herberta, ?e w najbli?szy czwartek, 18 maja uka?e si? specjalny dodatek
Rembrandt – Herbert
a w nim: + Marta Smoli?ska-Byczuk: Nienapisany esej poety (o przygotowaniach Herberta do d?u?szego szkicu o s?awnym malarzu, z cytatami z notatek archiwalnych oraz rysunkami poety do obrazów Rembrandta)
Magdalerna Grochala: Martwa natura z wiatrakami (reporta? o wyje?dzie studyjnym Festiwalu „?ladami Herberta po Holandii”)
?y? Herbertem – rozmowa o warsztatach Herbertowskich (prof. dr hab. E. Wiegandt, prof. dr hab. Z. Zar?bianka, G. Sztukiecka, D. Grodecka, prof. dr hab. A. Fiut, prof. dr hab. W. Lig?za, M. Antoniuk)
O nowym filmie biograficznym Herbert – fresk w katedrze, w re?. Piotra Za?uskiego
Recenzje: O najnowszych tomikach poetyckich Ewy Lipskiej i Krzysztofa Kraska pisze Marek Zieli?ski; informacja o wyborze wierszy Nelly Sachs (w t?umaczeniu Ryszarda Krynickiego); recenzje z ksi??ek literaturoznawczych: D. Pawelec, ?wiat jako Ty; T. Garbol, „Chrzest ziemi” Sacrum w poezji Z. Herberta (rec. A. Fiuta) i filozoficznych: J. A. K?oczowskiego (jmr), K. Tarnowskiego, J. Tischnera i jego uczniów (rec. D. Kota). Fragment wywiadu Janusza Pasierba ze Zbigniewem Herbertem (wydanym w ksi??ce: J. Pasierb, Zgubiona drachma).
Serdecznie namawiam do zakupu Rzeczpospolitej w dniu 18 maja.
Dodatek uka?e si? tylko w Warszawie i Krakowie. B?dzie te? oddzielnie rozprowadzany na uczelniach w Bia?ymstoku, Gda?sku, Katowicach, Krakowie, Poznaniu, Warszawie i Zielonej Górze.
|
nie wiem czy nie sciemniam, ale oprócz tego co ewelinka mówi, trza jesczze ze slownika terminów wziąć co to jest esej i przeczytać jais esej herberta inny niz z 'martwej natury z wedzidłem'.
|
 Listy zebrała i komentarzem opatrzyła Magdalena Czajkowska Rosner & Wspólnicy Warsaw 2006 220 x 220 240 pages paperback ISBN: 83-60336-05-9 Traslation rights: Rosner & Wspólnicy Ponowne wydanie korespondencji Zbigniewa Herberta z Magdaleną i Zbigniewem Czajkowskimi, jego londyńskimi przyjaciółmi, to prawdziwa gratka dla kolekcjonerów i miłośników twórczości poety. Edytorsko wysmakowana książka przypomina rodzinny album. Bo też pamiątkowy jest przede wszystkim charakter publikacji. Składają się na nią nie tylko listy i kartki od Herberta i dla Herberta, wysyłane z różnych zakątków Europy, wiersze, odbitki rękopisów i archiwalne zdjęcia; całość korespondencji uzupełnia bowiem anegdotyczna i żartobliwa narracja Magdaleny Czajkowskiej. Dopowiada wiele ważnych spraw, i – co istotne – panując nad chronologicznym porządkiem wysyłanych listów, układa mikro-opowieść o przyjaźni, trwającej od 1957 roku. Wtedy to właśnie Czajkowscy poznali w Polsce poetę, i dwa lata później gościli go już u siebie w Londynie. Przyjaźń, obfitująca w liczne wspólne podróże, utrwalona wymianą listów, z których pierwszy wysłany jest w grudniu 1959 roku, przetrwała aż do śmierci poety w 1998 roku. Dzięki dopowiedzeniom Czajkowskiej pozornie drobiazgowe, bieżące i codzienne problemy, jakie podejmują nadawcy listów, otrzymują spójne ramy. Wyjaśnia się oczywiście także tajemnica „Kochanych Zwierzątek”. Tak zostają nazwani Czajkowscy przez Herberta z powodu osobliwego zwyczaju ich psa, Burka. Zwykł on w chwilach melancholii podawać łapę i oczekiwać pocieszeń. Herbert uznał, że ludzie są właśnie takimi szukającymi pocieszenia zwierzątkami i w chwilach zwątpienia „trzymają się za łapę”. Tego „trzymania” świadectwem są niezwykłe czule i serdeczne „epistoły”. Lekki, towarzysko-przyjacielski nastrój korespondencji bierze się prawdopodobnie stąd, że piszący nie omijają spraw zawodowych, trzymają się jednak z daleka od intelektualnych, skomplikowanych rozważań. Dostajemy zupełnie nieoficjalny portret artysty z czasów podróżniczych, bowiem zasadnicza treść jego listów to opisy wojaży, przygotowań i wysiłków czynionych, by zwiedzać i poznawać obce kraje. Efektem tych podróżniczych fantazji są – chociażby – Barbarzyńca w ogrodzie czy Martwa natura z wędzidłem, eseistyczne książki Herberta. O kulisach ich powstawania, a także o pracy nad wieloma innymi tekstami, możemy przeczytać w prezentowanej korespondencji, a przy okazji także – podpatrzeć zmagania poety z nieprzyjazną codziennością. - Anna Kałuża
|
skonczylem przed godzina "martwą naturę z wędzidłem" herberta, jeszcze "labirnt nad morzem" i całego herberta przeczytałem i co ja bede biedny czytal?
|
Ja mam bardzo miłe. I nie tylko ja, prawda, zjeździe łódzki?
Byłyśmy (ja, Ilm, Ea) na recitalu herbertowskim – Trzy rozmowy z panem Herbertem. Warunki miałyśmy całkiem komfortowe (stolik, krzesła, tani bufet ), nic więc nie zakłócało nam odbioru, nawet to, że czułyśmy się trochę jak wiekowy błąd statystyczny.
Spektakl aranżował aktor teatru lublińskiego, Witold Kopeć, on też grał główną i jedyną rolę. Części przedstawienia faktycznie były trzy, dość wyraźnie, logicznie od siebie oddzielone i, pomimo braku materialnego adwersarza, tytułowa konwencja rozmowy jak najbardziej występowała. Oprócz tychże rozmów (z SB, a jakże), budujących wątek biograficzny, Kopeć przedstawiał twórczość Herberta – wiersze, fragmenty esejów. O ile wątek biograficzny mnie żywo zainteresował, o tyle te recytacje – zachwyciły. Aż mi się cynizm wyłączył z wrażenia. Nie podobało mi się tylko, kiedy aktor przy Próbie rozwiązania mitologii greckiej wszedł na krzesło i pół tego tekstu wykrzyczał. Za to Do Marka Aurelego, wiersz, na który do tej pory nie zwracałam szczególnej uwagi, zadeklamowany – strasznie mi się spodobał. Usłyszałam sporo tekstów, które lubię, między innymi fragment jednego z moich ukochanych esejów (Martwej natury z wędzidłem), sporo było twórczości okołogreckiej, a zabawa w rozpoznawanie słyszanych utworów dostarczyło mi sporo radości. Poczułam się taka oczytana. Dla mnie zasadniczą zaletą spektaklu był sposób i styl recytacji – trudno mi opisać wrażenia, czasem wydawało mi się po prostu, że aktor nie deklamuje cudzego tekstu, tylko coś, co zna jak własną twórczość, co mówi z głębi siebie. Grał Herberta z wielkim przekonaniem, wiarygodnie, jakby słowa ożywały. Mrau.
(Może ktoś dopisze coś bardziej składnego, ja się zużyłam. )
|
O Herbercie na wesoło
1Czyim imieniem został nazwany rok 2008?? a)Romana Giertycha b)Św Mikołaja c)Zbigniewa Herberta d) Dr. Mgr inż. rehabilitowanego z tytułem honor i skała Fileta Castro
2 Kim był Zbigniew Herbert? a) komunistą b)burmistrzem Stąporkowa c) pisarzem d)biskupem
3Co opisuje Herbert w utworze „Kamyk” a)siebie b)opowiada że jest z daleka np. z Koczwary c) Kamyk d) proces spalania denaturatu
4Czym się charakteryzują utwory Herberta a)Niczym b)to oczywiste c)licznymi porównaniami(sam nie wiem czym:P) d)to poezja nic do rozumienia i charakteryzowania się
5Zbigniew Herbert urodził się w: a)Honolulu b)w domu c) we Lwowie d)na Jajorce
6 w swoim życiu Herbert służył w : a)SS b)Armii wyzwolenia Chin c) AK d)NKWD
7Zbigniew Herbert uczył się w: a)Kanadzie b)Kanadzie w Końskich c)Kanadzie we Lwowie d)LO im. Króla Kazimierza Wielkiego we Lwowie
8 Ojciec Zbigniewa H. był : a)recydywistą b)Legionistą c)kibicem Widzewa d)dziwakiem
9. Z. Herbert był z pokolenia: a) Robinsonów b)Kolumbów c)Lepperów d)dzieci kwiatów
10 Wiersz z. Herberta Przesłanie Pana Cogito jest typowym kodeksem: a)rycerskim b)prawa c)etyki d)drogowym
11 z wykształcenia Herbert był: a)nikim-skończył podstawówkę b)prawnikiem c)nie zdał nowej matury d)konserwatorem powierzchni płaskich
12 Przyjaciółką z emigracji Herberta jest: a)Krystyna z gazowni b)Piotr Telec c)Tejlor z Mody na sukces d) Magd Czajkowska
13 w 1986 roku Herbert przeniósł się do: a) NĘDZY (koło Raciborza) b)Mozambiku c)do utopii demokratyzmu Korei Płd. d)do Paryża
14 Które utwory są napisane przez Zbigniewa Herberta: a) Kamyk, Elegia na odejście, Labirynt nad morzem b)Kamyk, Listy naszych czytelników, Martwa natura z wędzidłem c) Kamyk, Rekonstrukcja Poety, Jaskinia filozofów d) Rovigo, Przesłanie pana Cogito, Kamyk
|
Podobnie jak stephen, też zdecydowanie wolę jego formy prozatorskie, szczególnie Martwą naturę z wędzidłem. Czytałam ostatnio w ramach roku herbertowskiego biografię Herberta "Pan od poezji" autorstwa Joanny Siedleckiej. Żył szczerze mówiąc, nie licząc licznych podróży, jak zwyczajny obywatel. Ale też uważam, że Nobel mu się należał. Jednak pamiętajcie, że to nie jest nagroda do końca obiektywna.
A to takie przemielone przez szkolną polonistyczną maszynkę, a takie piękne:
Pan od przyrody - Zbigniew Herbert Nie mogę przypomnieć sobie jego twarzy
stawał wysoko nade mną na długich rozstawionych nogach widziałem złoty łańcuszek popielaty surdut i chudą szyję do której przyszpilony był nieżywy krawat
on pierwszy pokazał nam nogę zdechłej żaby która dotykana igłą gwałtownie się kurczy
on nas wprowadził przez złoty binokular w intymne życie naszego pradziadka pantofelka
on przyniósł ciemne ziarno i powiedział: sporysz z jego namowy
w dziesiątym roku życia zostałem ojcem gdy po napiętym oczekiwaniu z kasztana zanurzonego w wodzie ukazał się żółty kiełek i wszystko rozśpiewało się wokoło
w drugim roku wojny zabili pana od przyrody łobuzy od historii
jeśli poszedł do nieba -
może chodzi teraz na długich promieniach odzianych w szare pończochy z ogromną siatką i zieloną skrzynią wesoło dyndającą z tyłu
ale jeśli nie poszedł do góry -
kiedy na leśnej ścieżce spotykam żuka który gramoli się na kopiec piasku podchodzę szastam nogami i mówię: - dzień dobry panie profesorze pozwoli pan że panu pomogę
przenoszę go delikatnie i długo za nim patrzę aż ginie w ciemnym pokoju profesorskim na końcu korytarza liści
|
"Martwa natura z wędzidłem" Zbigniewa Herberta - przez ksiązki z tego cyklu ma się ochotę podóżować i zostać historykiem sztuki. Polecam.
No i dorwałem "Bestie znikąd" - o tym, jak w Afryce z ośmiolatków robi się morderców.
|
No, nie! Elefancie! Chyba tego nie zrobisz, chyba nie poprawisz miseczek nakarmionych trucizną przez skurwiela!
Jedyna zmiana jaką zdecydowałem się wprowadzić, po zapoznaniu się z Waszymi uwagami, dotyczy wersyfikacji, a dokładnie przeniesienia miseczek linijkę wyżej: widocznie Świetlicki się mylił albo nie brał pod uwagę śmierci nagłej bo odnalazłem cię w połowie drogi do domu zwróconego ku tęsknej miseczce na mleko parę dni po tym jak pewien skurwiel o ustalonym nazwisku nakarmił je wszystkie trucizną
I tyle. "je wszystkie" zostanie - jest czytelne i nie budzi moich wątpliwości znaczeniowych. Nawet jeśli czasem prowadzi do rozbieżnych interpretacji, nie wyrzuca tekstu poza jego temat ani też nie zakłóca ogólnego nastróju wiersza.
Dwie osoby zakwestionowały poprawność gramatyczno-stylistyczną w wierszu; co do doniczek - popieram
A ja nie. Jeżeli Herbertowi się upiekło, to ja też sobie wybaczam. Jestem przekonany, że wasza doskonała wyobraźnia bez większych kłopotów jest w stanie zwizualizować małą czarną kropeczkę z ogonkiem - powszechnie zwaną przecinkiem (nawet jeśli leniwy autor jej na końcu wersu nie postawił) ;) Założę się, że nie pracowałeś nad tym wierszem, w sensie: nie tworzyłeś jego konstrukcji w sposób świadomy:-) Jestem tego prawie pewna, bo czuję w nim erupcję, której nie da się odtworzyć za pomocą sterownika;-)
Nie tworzę w konstrukcyjnie świadomy sposób. I (niestety?) chyba nigdy nie będę. Nie mam stosownego wykształcenia, ani zbyt dużo czasu na jego zdobywanie. Może czegoś się nauczę z Waszą pomocą; paru nowych sztuczek. Ostatecznie, przy raczej zawężonym polu manewru, ograniczającym się zasadniczo do dylematu: czy będę skrobał, czy nie - pisząc (lub wręcz poddając się okresowym atakom owej potrzeby), odwołuję się do własnej intuicji, logiki oraz wiary dyletanta w istnienie absolutu - poetyckiej prawdy przekazu, której każdy może dociekać własną wrażliwością i uważną obserwacją. Hołdując takim utopiom, żywię nadzieję, że nazbyt drastycznie nie zwodzą mnie na manowce. powstał dobry wiersz, chociaż znając przyczynę jego powstania, wolałabym by go nie było :%) <---- to jest smutny uśmiech przez łzy
Dziękuję KasiuKam Pewnego razu Kot (tak się właśnie nazywał) wskoczył mi na kolana wyprężył ogon i odlał się bezceremonialnie na moją pierś. Dorwałem gamonia, wyniosłem do ubikacji i tam odpłaciłem pięknym za nadobne - obficie mocząc jego sierściuchę swoim własnym moczem. Hierarchia została ustalona. Nie mieliśmy więcej kłopotów z oznaczaniem terytorium w domowych zakamarkach.
Kiedyś Kot poślizgnął się na parapecie i wypadł przez okno. Z trzeciego piętra na bruk, kosząc po drodze sznurek na bieliznę. Gdy żona wybiegła mu na ratunek, był już na schodach - okrwawiony i ledwie trzymający się na łapkach.
Średnio raz w tygodniu, Kotu przysługiwała samodzielna wyprawa w świat. Pozwalaliśmy mu na wycieczki do graniczącego z podwórzem przyszpitalnego zieleńca - miejsca oddalonego od ulicy, samochodów, wielkomiejskiego zgiełku. Nazywaliśmy je kocim rajem. Kręciło się tam sporo podwórkowców, dokarmianych nawet przez pracowników szpitala. Kot nieraz wracał poobijany - cały brudny i poraniony po starciu z jakimś okolicznym dominantem. Ale cóż zrobić - taka natura bydlątka. Cieszyliśmy się z żoną, że go przynajmniej nic nie rozjedzie. Tylko ludzi strach...
Tamtego dnia, kierownik administracyjny z założenia humanitarnej instytucji, podrzucił mruczkom, w zwykłej dla nich porze karmienia, jakąś silnie działającą truciznę. Poumierały w promieniu paru metrów od misek. Kilkanaście martwych zwierząt wyrzucono na śmietnik. Ciała naszego Kota nie znaleźli - było dalej od innych. Próbował wrócić do domu. I już. Koniec tematu.
Elefant.
|
----- Original Message -----
Sent: Thursday, September 28, 2000 7:19 PM Subject: Re: stosunek do Szymborskiej ...
Kano nawypisywał w polemice:
| Jaką poetką jest Szymborska? (...)
Abstrahując od poziomu i precyzji zarzutów pragnę zwrócić Grupowiczom uwagę, że mamy tu do czynienia z zestawieniem dwóch różnych rodzajów poezji: - Herberta: męska, intelektualna, abstrakcyjna, zaangażowana - Szymborskiej: kobieca, emocjonalna, konkretna, prywatna (...)
:-) raczej takich interpretacji ich poezji (...) Zestawienie takie (można dodać jeszcze wiele więcej) wydaje się naturalne, lecz czy prawdziwe? (...)
nie, nie, to tylko różnica między poziomem wiarygodności: czy bardziej naturalnie wypada kręcenie uczuć z piasku, czy zwalanie całej czarnej roboty na Ducha Dziejów? Szymborska jest IMHO wielka z jednego zasadniczego powodu (abstrahując od kwestii formalnych): dokładnie zna wartość sentymentalizmu i gra na nim po mistrzowsku, nie fałszując w żadną stronę ma absolutny słuch na tanie - czyli powszechne - emocje z czegoś doszczętnie zohydzonego robi perłę, odnawia, odświeża, zupełnie bez ironii złoto z gnojówki :-) utylizacja; bardzo współczesne (...) Sądzę, że zarówno Herbert jak i Szymborska robili tylko określone
wrażenie (...) no właśnie, właśnie :-) (...) nastrój imperium, władzy cesarskiej, a tak naprawdę do powiedzenia są tylko same banały. Inaczej, jeśli umiera właściciel kotka - zwierzę tęskni za nim w
niebanalny (...) sposób. (...) tak, kotek jest naczaso-ponadczasowy bardziej niż Stalin kotek być może dzisiejszy, a może i być staroegipski (choć opisany z całą dwudziestowieczną czułością, na którą nigdy wcześniej nie byłoby miejsca) śmiałyśmy się kiedyś z kumpelą, przeczytawszy u Herberta, chyba w " Martwejnaturze z wędzidłem" o wschodnim tyranie, który umarł zadławiwszy się winogronem: dlaczego winogronem? no oczywiście - bo był Gruzinem :-)) jakie to łatwe, to osławione czytanie między wierszami ;-) a może ktoś pamięta wiersz z "góralem gruzińskim" Mandelsztama, za który go, lekkim skrótem mówiąc, zabito? nie zły, ale nie stał się lepszym wierszem przez to, że Mandelsztam połknął kulkę z jego powodu trafi prędzej do materiałów źródłowych w podręczniku historii, niż do jakichś "Stu najlepszych wierszy XX wieku" czy warto umierać za średni sonet? i w drugą stronę: czy literackiego Nobla daje się za literaturę, czy za męczeństwo polityczne? (...) Wielkość Herberta polega chyba na tym, że wyrażał dobrze opinię pewnego środowiska. Powiedziałbym, krakowskiego... Konserwy andyeseldowskiej czy jak tam się chcą nazywać (...)
na pewno nie tak :-))) ja tam nic do H. nie mam - wielkim poetą był ale IMHO byłby jeszcze większym, gdyby jakimś cudem uniknął umoczenia się w tej tu powalonej historii czego Szymborska przynajmniej starała się uniknąć - no pewnie, że nie na sto procent jej się to udało, cesarz musiał dostać, co cesarskie ale uważam, że nie dała mu ani centa nadpłaty ( :-) poza tym postuluję przyjęcie jako okoliczności łagodzącej faktu, że jej pierwszy mąż był ideowym komunistą kobieta nie w takie rzeczy uwierzy z miłości) natomiast kiedy czytam o życiu Zbigniewa H. zawsze przypomina mi się takie zdanie Leca: "oto męczennik: trwał na krzyżu nie przybity" jeśli pamiętamy o Rosjanach, choćby wwym Mandelsztamie używanie w stosunku do H. frazeologii męczenniczej wydaje się być jednak nie na miejscu ... koniec i bomba: moja znajoma polonistka, kiedy usłyszała o śmierci Herberta, powiedziała: "aha, umarł na Nobla dla Szymborskiej" poproszona o rozwinięcie rzekła, że to skrót myślowy, ale obstawia, że musiał zdać sobie, biedaczysko, sprawę, że już nie dostanie co musiało mu silnie zdeprymować organizm
ragana
|
Ostatnio przeczytałem: Martwą naturę z wędzidłem, Barbarzyńcę w ogrodzie, Labirynt nad morzem Zbigniewa Herberta — Najbardziej mi się podobał Labirynt, pewnie dlatego, że opisywane miejsca widziałem na żywo, a najmniej Barbarzyńca, w którym było za dużo średniowiecza i miejsc, których nie znam. Oczywiście chodzi tu o stopniowanie boskości. Opowiadania zebrane Gustawa Herlinga-Grudzińskiego — Trzy z nich omawiałem w szkole (z przerażeniem odkryłem, że w Moście robiłem notatki...) i od dawna planowałem przeczytanie reszty. Większość bardzo mi się podobała, świetna narracja. Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny Anny Bikont i Joanny Szczęsnej — Wspaniała biografia noblistki, świetnie napisana, dopuszczająca do głosu przyjaciół poetki oraz jej wiersze. Mało tu CV, więcej odkrywania jaką osobą jest Szymborska. Nieraz miałem wrażenie, że przeglądam pamiętnik, czy skrzynkę z tytułowymi pamiątkowymi rupieciami. Dużo się można dowiedzieć, a czytanie to czysta przyjemność. Występek. Eseje o pisaniu i czytaniu Michała Pawła Markowskiego — Tytuł zapowiadał coś ciekawego, ale to było straszne. Przeintelektualizowane i zbyt wydumane. Niektórych esejów nie doczytałem do końca, gdy miałem wrażenie, że robi się zbyt bełkotliwie. Właściwie spodobał mi się tylko esej zatytułowany „Co to znaczy czytać?”. Niezwykle rozbawiły mnie fragmenty o psychoanalizie, aż zacytuję kawałek: Tekst pochodzi od textus, imiesłowu czasu przeszłego czasownika texo, co oznacza „tkać”: tekst to splot nachodzących na siebie sensów; z kolei także wszystko to, co wydaje się splecione, można czytać jako tekst. Tkwi w tym być może aluzja do hipotezy Freuda, wedle którego kobiety nauczyły się tkać, splatając włosy łonowe, by uczynić z nich fetysz penisa; sam tekst staje się w ten sposób swego rodzaju fetyszem, pisanie zaś perwersją. Za dużo seksu i perwersji, za dużo zabaw etymologiami. Kogoś zaznajomionego ze wszystkimi aluzjami, pojęciami, ideami mogą te wygibasy intelektualne zainteresować; ja wolę konkretną treść, a co barwniejsze akapity to dla mnie po prostu przeintelektualizowany bełkot. (Cytując pewnego recenzenta Lodu Dukaja: ta książka jest dla mnie za mądra.) Pegaz zdębiał Stanisława Barańczaka — Popadłem w zachwyt dla kunsztu autora, w operowaniu językiem, rymami jest mistrzem. Alfabetony, palindromadery, onanagramy i mankamęty mnie oczarowały; obleśniki mnie trochę zanudziły, są dosyć... monotematyczne; idiomatoły są zabawne, ale nie w takiej ilości; poliględźby nie wszystkie jestem w stanie podziwiać, za dużo włoskiego, którego nie znam; wymęczony przez trzy poprzednie rozdziały nie umiałem docenić katalogu liberyków; turystychy mnie zainspirowały i chyba je wcielę w życie; bezcenzje potwierdzają, że wszystko można zgnoić. Książka inspirująca, aż się chce wypróbować zabawy; niestety brak mi choć ułamku umiejętności Barańczaka... W oparach absurdu Antoniego Słonimskiego i Juliana Tuwima — Pod wpływem zachwalań Bralczyka się trochę rozczarowałem, ale tylko trochę. Co jakiś czas głośno chichotałem, ale absurd w za dużej ilości chyba przestaje śmieszyć. Javę i XML Bretta McLaughlina — Który to podręcznik zacząłem, zanudziłem się na śmierć i rzuciłem w kąt. Chciałem się dowiedzieć, jak użyć XML w Javie, a dostałem rozbudowaną dokumentację klas; tę sobie przeczytam online. Kamień, szron Ryszarda Krynickiego — Wiersze mi się spodobały, bardziej rozbudowany komentarz by wymagał głębszego zastanowienia się. To chyba wszystko.
|
Moja lista: "Harry Potter" - oczywiście "Portret Doriana Graya"O.Wilde "Nietota"T.Micińskiego+ jego poezja, to autor z okresu Młodej Polski; "Nietota" jest jedną z najbarziej niezwykłych książek jakie czytałam. Jest to historia rybaka Ariamana, który wędruje i uczy się, by móc pokonać Króla Węży, swojego odwiecznego wroga. To jest jakby główny wątek, ale jest też ich więcej, ale bardzo trudno jest tę powieść streścić przede wszystkim ze względu na bardzo awangardowy język i na włanczane do tekstu fragmenty dramatu i poezję. "Katedra Marii Panny w Paryżu", "Nędznicy"W.Hugo - Hugo zawsze lubiłam, szczególnie "Katedrę". Cenię ją za świetną historię miłosną, za opisy Paryża i tytułowej budowli, ale najbardziej lubię tam postać księdza. Dla mnie on nie jest do końca zły i jest nie mniej tragiczny od Quasimodo. "Diable eliksiry"E.T.A.Hoffmann+jego opowiadania - ten pan miał niesamowitą wyobraźnię. Polecam jego twórczość wszystkim miłośnikom fantastycznych, magicznych postaci i wydarzeń. To u niego pojawiło się pierwszy raz rozdwojenie osobowości i może tego nie wiecie, ale to jest też autor "Dziadka do orzechów"^^ "Raj utracony"Miltona - cóż dla wielbicieli najbardziej samotnego z samotnych, czyli Lucyfera. To tu został ukazany jako romantyczny buntownik, piękny, cierpiący, opuszczony. "Sto lat samotności" Marqueza "Blaszany bębenek"G.Grass powieści Faulknera "Lochy Watykanu"A.Gide "Mistrz i Małgorzata"Bułhakov proza A.Camusa "Don Juan"G.Byron - to jest jedna z najzabawniejszych książek jakie czytałam. Dla mnie to bardziej parodia, albo czarna komedia niż poemat opiewający czyny najsławniejszego kochanka świata. "Spowiedź dziecięcia wieku" A. de Musset "Bohater naszych czasów", "Demon"Lermontow "Martwe dusze" Gogol "Mnich"M.G.Lewisa - książka należąca do nurtu powieści grozy i chyba nic już dodawać nie muszę. powieści Dostojewskiego, Balzaka, Flauberta, Zoli dramat romantyczny, cały Słowacki, Norwid "Bramy raju"Andrzejewski i inne jego parabole proza Białoszewskiego ( polecam "Aameryka", "Obmapywanie Europy" - te maleńkie książeczki w przezabawny sposób opisują okres PRL i jaki stosunek mieli Polacy w tamtym okresie do reszty świata), Konwickiego, Odojewskiego opowiadania G.Herlinga - Grudzińskiego, zwłaszcza "Wieża", "Drugie przyjście" - nikt tak jak on nie potrafi pisać o samotności, bólu, nadziei i jej stracie, wierze i w końcu śmierci. To sztuka najwyższych lotów. Nie można zapomnieć. Z.Herbert:"barbarzyńca w ogrodzie", "Martwa natura z wędzidłem" - uwielbiam; to teksty prozatorskie na temat sztuk plastycznych. Herbert poszerzył moje horyzonty jak nikt inny i zapoznał mnie z dziełami, których pewnie w inny sposób bym nigdy nie zobaczyła, ani nie poznała ich historii. Zresztą są tu też eseje np. na temat tulipanów w Holandii. Polecam. powieści - reportaże Kapuścińskiego np."Heban" cały Gombrowicz coś lżejszego to np. "Kuzynki", "Dziedziczka"Pilipiuka, książki Białołęckiej, A. Rice, ale tylko pierwsze powieści, Anais Nin"Małe ptaszki" czy "Delta Wenus", "Kobieta, geografia intymna"N. Angier - w brew pozorom to jest bardzo ciekawe a nawet zabawne;
|
Pelna analogia z tulipanowym szalenstwem z roku 1637. ___________________________________________________ W XVII w. tulipany robiły zawrotną karierę w sztuce, handlu, ogrodnictwie. Dzięki małym cebulkom błyskawicznie powstawały ogromne fortuny. Kulminacją tulipanowej manii był rok 1637, kiedy cebule najcenniejszej odmiany 'Semper Augustus' osiągnęły rekordowe ceny 6 tys. florenów za sztukę, by wkrótce potem spaść do ceny 5 florenów
Hodowano je w Turcji już ponad 1000 lat temu, zaś do Niderlandów roślina przywędrowała w XVI w. Od tego momentu zaczęło się prawdziwe tulipanowe szaleństwo. Za jedną cebulkę kupcy oferowali niewiarygodnie wysokie ceny. Najdroższe były odmiany o dużych, szkarłatnych kwiatach z białymi paskami na płatkach. Jedna taka cebulka osiągała cenę 36 worków pszenicy, 72 worków ryżu, 4 krów, 12 owiec, 8 świń, 2 beczek wina, 4 beczek piwa, 2 brył masła, 2 funtów sera i kubka wykonanego ze szczerego złota.
Tulipanowa gorączka zakończyła się równie gwałtownie, jak się rozpoczęła. Zadecydowała o tym jedna noc 1637 r., kiedy nastąpiło całkowite załamanie handlu cebulkami.
Kiedy imperium Sulejmana Wspaniałego dotarło aż do Wegier, tulipany poznali Europejczycy. Pierwsze holenderskie tulipany zakwitły wiosną 1594 roku. Zasadził je Carolus Clusius, sprawujący pieczę nad ogrodami uniwersyteckimi w Leidzie. Cebulki dał mu Ghislain de Busbecq, ambasador austriackiego cesarza Ferdynanda I na dworze Sulejmana Wspaniałego. Clusius, jeden z najsłynniejszych botaników początku XVII wieku, przeprowadzał badania, krzyżując różne odmiany tulipanów. Któregoś dnia przedmiot jego badań naukowych, będący jednocześnie przedmiotem pożądania wykradziono z ogrodów uniwersyteckich. Wkrótce holenderskie tulipany zaatakował nieznany wirus, ktory powodował, że płatki korony tulipana przybierały niespotykane wcześniej kształty o brzegach postrzępionych i pofałdowanych. Z tej botanicznej patologii wkrótce stworzono zyskowny przemysł.
Wielość odmian, działalność hodowców oraz nieobliczalny wirus stworzyły mnóstwo kombinacji. Inwestycja w zakup cebul tulipanów i późniejsza sprzedaż kwiatów na rynku, stała się wkrótce sposobem na szybkie wzbogacenie się. Cebule sprzedawano najczęściej, gdy były jeszcze w ziemi. Aby stać się bogaczem wystarczyło posadzić je i czekać. Przypominało to loterię - ślepy los mógł obdarzyć nabywce cebulki oryginalnym kwiatem, który mógł mu przynieść ogromny majątek. Rozpowszechniający się tak handel niewidocznymi jeszcze kwiatami nazywano "handlem wietrznym" Sprzedawcy cebul zarabiali nawet do 60.000 florenów miesięcznie (25.500 funtów)! Społeczeństwo opętał szał handlu cebulami tulipanów. Ludzie rezygnowali z dotychczasowej pracy, sprzedawali majątek na zakup cebul. Cebulki stały się obiektem obsesyjnego kolekcjonerstwa. Bogaci mieszczanie pragnęli mieć oryginalny kwiat na wyłączność. Szarlatani obiecywali stworzenie czarnych tulipanów. Cebulka najpiękniejszej i najdroższej odmiany "Semper Augustus", była warta 1200 florenów w 1624 roku, w rok później już 3000 florenów. W 1633 roku trzeba za nią zapłacić 5000 florenów, w 1637 roku - trzy cebule kosztowały 30000 florenów. Dla porównania, dom nad kanałem w Amsterdamie kosztował w tych czasach 10000 florenów. "Jest istotnie piękny, dzięki swojej wyszukanej, a zarazem prostej harmonii barw. Płatki nieskazitelnie białe, wzdłuż płatków przebiegają rubinowe, płomieniste żyłki, na dnie kielicha błękit, jakby odbicie pogodnego nieba" - pisał o nim Zbigniew Herbert w "Martwej naturze z wędzidłem". Niewiel mniej kosztowały "Admirał van Enckhuysen" czy "Generał van Eyck".
Gorączka tulipanowa osiągnęła szczyt 5 lutego 1637 roku. Na aukcji zorganizowanej przez zarządców sierocińca w Alkmaar za egzemplarz Admirała Liefkensa płacono 4 400 guldenów, za Admirała van Enkhuijsena - 5 400, łączne zaś wyniki sprzedaży dziewięćdziesięciu dziewięciu odmian cebulek wyniosły 90 000 guldenów (równowartość dzisiejszych 9 milionów dolarów).
Lokalne władze próbowały zatrzymać to tulipanowe szaleństwo, ale bezskutecznie. Dopóki handel opłacał się, nie było powodu by państwo interweniowało. Tulipanowa hossa nie mogło jednak trwać wiecznie. W końcu w 1637 roku rynek załamał się, kiedy sprzedawcy cebul nie mogli już uzyskać za swoje produkty dotychczasowych, wygórowanych cen. Efekty opisał Herbert: "tysiące zrujnowanych majątków, dziesiątki tysięcy ludzi bez pracy i w dodatku zagrożonych procesami. Niewypłacalność z reguły karana była surowym więzieniem. Tych, którzy lekkomyślnie zaciągnęli pożyczki, były legiony. I wreszcie, czego nie obejmuje żadna statystyka - długa lista niewinnych rodzin, pozbawionych środków egzystencji, dzieci skazane na nędze lub dobroczynność publiczną, złamane kariery meżczyzn, ich zniszczona reputacja i godność".
Tulipomania do dziś przywoływana jest jako przykład psychozy społecznej. Ekonomiści na jej przykładzie ukuli termin "bańka spekulacyjna" określając nim zjawisko, kiedy towar, który podlega spekulacji drożeje w sposób absolutnie irracjonalny. Po krachu Holendrzy nie odwrócili się od tulipanów.
W Europie w XVI w. nieprawdopodobne szaleństwo tulipanowe opanowało trzeźwą, protestancką Holandię, omal nie rujnując tego bogatego kraju. Tulipan był przyczyną afery politycznej i gospodarczej katastrofy. Był okres w holenderskiej historii tulipana, że za jego cebulkę płacono równowartość 2 wozów pszenicy, 4 tłustych wołów i 8 świń, a za cebulkę odmiany Semper Augustus zapłacono bogatym mieszczańskim domem z dworem i rozległym ogrodem, - co nam wiele mówi o naturze ludzkiej, tak skłonnej do egzaltacji i nierozumu zwanego manią. Ten niepozorny, pozbawiony zapachu kwiat (o ile skromniejszy od dumnej róży) był strzeżony i uprawiany na dworach królewskich, owiany mgiełką tajemnicy i pożądania.
|
MANIPULACJE POLITYKI !!!! Jak oni pięknie i przekonująco się o nas martwią autor: Galba , Sun 18 Mar 2007 05:35 PM CET W zeszłotygodniowym wydaniu "Polityki" (nr 11/2007) zamieszczono artykuł pt. Jak PiS nas podzielił. Słysząc radiową reklamę tygodnika, w której ów tekst eksponowano szczególnie mocno uznałem, że chodzi o lustrację dziennikarzy. Owymi podzielonymi "nami", jak sądziłem, będą dziennikarze, którzy rzucili się sobie wzajemnie do gardeł z okazji akcji obywatelskiego warcholstwa organizowanego przez grupę rozpolitykowanych pismaków o lewicowych i prokomunistycznych sympatiach. Pomyliłem się jednak. W czasie zakupów w supermarkecie sięgnąłem po wymieniony wyżej periodyk i z zaskoczeniem przeczytałem, że tekst panów Janickiego i Władyki nie jest wezwaniem do zgody dziennikarskiej i powrotu do wspólnego ataku na PiS. Panowie patrzą szerzej. Owi "my", których podzieleniem martwi się duet autorów, to Polacy. Polska wg "Polityki" Autorzy artykułu malują obraz Polski AD 2007. Takiej, jaką ona IM się wydaje być. Kraj pogrążył się w wojnie domowej. Brat podrzyna gardło siostrze, ojciec podkłada bombę córce, matka sączy truciznę do zupy syna, wnuczek luzuje śruby w wózku inwalidzkim babci… Oczywiście brat, ojciec, matka i wnuczek są fanatycznymi zwolennikami braci Kaczyńskich a siostra, córka, syn i babcia zdroworozsądkowo wybierają PO lub, jeszcze lepiej, Lewicę albo i Demokratów. Te niezdrowe emocje rozpalili, w celu realizacji swoich cynicznych planów, przywódcy PiS i podniecają je wciąż by w ten sposób kontrolować żrące się społeczeństwo. Zacznijmy od uwagi natury formalno-zdrowotnej: obu autorom tekstu przydałaby się kuracja. Niedroga i niewymagająca refundacji przez NFZ. Za to bardzo skuteczna. Wystarczy kubeł wypełniony po brzegi zimną (im bardziej tym lepiej) wodą. Stosować zewnętrznie – na głowę. W razie konieczności powtórzyć. W 9 na 10 przypadków przywidzenia ustępują. Tak więc powiedzmy sobie jasno: Polska panów z "Polityki" jest ICH Polską. Bo w mojej żyją wyborcy PiS, PO a nawet SLD i rozmawiają ze sobą, przyjaźnią się, wspólnie spędzają czas. Nikt nikomu nie odrąbuje głowy, nikt nikogo nie wykreśla z testamentu, nikt nawet nie myśli by się z kimś żreć o tak nieważne sprawy jak te, którymi panowie z "Polityki" najwyraźniej żyją od 6 rano do 23 wieczorem. Owszem, w mediach wygląda to inaczej ale nie mylmy Polski medialnej i Polski prawdziwej. Panowie Janicki i Władyka (a wraz z nimi całe tabuny innych dziennikarzo-polityków) produkują artykuły, materiały telewizyjne, audycje radiowe wręcz eksplodujące polityczną agresją i nienawiścią i są święcie przekonani, że skoro oni, posiadający władzę w postaci możliwości przemawiania do milionów, tę agresję propagują to czytelnicy-szaraki automatycznie żyją według tego wzoru. Nic z tego. Czy "podziały" zaczęły się w 2005 roku? Oczywiście nie jest też tak, że Polaków zupełnie nie obchodzi to, co się dzieje w sferze polityki. Co prawda kraju nie opanowała powszechna nienawiść, o której piszą autorzy tygodnika postkomuny ale podziały polityczne są czytelne i wyraźne. Jak w każdym kraju poza Koreą Północną (gdzie podziałów nie ma dzięki światłej polityce mistrza osiągania pokoju społecznego Kim Dzong Ila). Jednak nie tylko głębokość tych podziałów i ich waga dla codziennego życia Polaków zostały w tekście Polityki zakłamane. Także ich geneza, moment, kiedy się ujawniły jest cokolwiek inny od tego, co opisują Janicki z Władyką. Według obu panów Polska do 2005 r. była krainą spokoju i jednomyślności. Polacy byli wielką, kochająca się rodziną rządzoną przez niedoskonałych ale jednak przyzwoitych, roztropnych mężów stanu, których kochały masy (choć nie bezkrytycznie). Potem przyszły Kaczory i wszystko zepsuły. I znowu: moja Polska wyglądała trochę inaczej niż kraj opisywany przez dyżurne pióra Salonu. Naród podzielił się ponad pół wieku temu, w chwili gdy Polską zawładnęli sponsorowani przez Stalina zdrajcy. Przytłaczająca większość stanęła po stronie dobra, reszta wybrała czerwoną legitymację. Z biegiem lat proporcje się zmieniały (rosły pokolenia ludzi przekonanych, że komunizm to normalność) ale podział wciąż był aktualny. W chwili formalnego odzyskania niepodległości (1989) Polacy byli podzieleni na 3 równe sobie siłą obozy: 1/3 po stronie PZPR (tyle głosów padło w ’89 na listę rządową), 1/3 po stronie "różowej" opozycji, 1/3 na pozycjach opozycji prawicowej. Szczególnej mocy podziały te nabrały w latach 1990-93 kiedy najpierw przewagę zyskała 1/3 prawicowa (dzięki chwilowemu osłabieniu części PZPRowskiej) by potem oddać inicjatywę połączonym siłom czerwonych i różowych. Wtedy to ustalony został i utrwalił się schemat podziałów, które trwają do dziś: czerwoni i różowi (Salon) przeciwko prawicy (Ciemnogród lub Mohery). Podział trwał i ani na chwilę nie zatracił swej ostrości. Dlaczego więc niektórzy udają, że do 2005 go (podziału) nie było? To proste. Po prostu w latach III RP władzę sprawowali reprezentanci owego bloku czerwono-różowego, czyli ideowi kumple tych, który dziś tak płaczą nad utraconą jednością polityczno-moralno-ideową Narodu. Co więcej wtedy posiadali oni nieograniczoną i monopolistyczną władzę nad sferą przekazu społecznego. "Na dole" mogli sobie być jacyś oszołomieni prawicowcy ale w mediach kreowano świat pełnej zgody: pan z UW debatował z panem z SLD i wspólnie zastanawiali się czy dany pogląd jest bardzo dobry czy też jeszcze lepszy. Np. w czasie pamiętnego referendum europejskiego do debat telewizyjnych zapraszano wyłącznie przedstawicieli ugrupowań mających właściwy stosunek do przegłosowywanej kwestii: debata 3 zwolenników wspieranych przez równie entuzjastycznego dziennikarza to był wówczas standard. Mąciwodów i innych oszołomów po prostu wyeliminowano z obiegu. Mogli sobie istnieć wyłącznie w marginalnych pisemkach i funkcjonować pod czujnym okiem bohaterskich oficerów z UOP. Znaczącą grupę społeczną pozbawiono jej reprezentacji w polityce oraz sferze przekazu społecznego. Jednak to nie sprawiło, że ludzie przestali wyznawać owe "zakazane" poglądy. Panowie z Polityki! To szokujące ale wyście przez całe lata żyli w jednym kraju z milionami kaczystów! To, że udało się ich na kilkanaście lat uciszyć (nierzadko przy użyciu tajnej policji) nie znaczy, że ich nie było. Ponadto, jak już napisałem wcześniej, rzeczywistość medialna a rzeczywistość faktyczna to dwie różne rzeczy. Gdy wam (panowie z "Polityki") się wydawało, że ciemny lud łyka to, co mu sączycie z ekranu czy stron gazet on wiedział swoje. To, żeście milczeli jak zaklęci o pijackich ekscesach Kwaśniewskiego nie oznaczało, że ludzie (przynajmniej w tej bardziej świadomej części) o nich nie wiedzieli. Wyście się zachwycali wspaniałą fundacją Pierwszej Damy i Wybitnego Lobbysty a owa 1/3 kaczystów już czuła smród i bynajmniej nie chciała udawać, że właśnie wącha najprzedniejszą perfumę z Paryża. Wam, panowie z "Polityki", to pasowało. Niech se sfrustrowane oszołomy gardłują w niszowych pisemkach a my w naszych masmediach będziemy pokazywać jedynie słuszny, cukierkowy obraz prężnie rozwijającego się tygrysiątka Europy. Na tym polegała ta wasza "zgoda narodowa". Nie na faktycznym konsensusie lecz na zatkaniu gąb tym, który mieli zdanie odrębne. Szczerze mówiąc sądzę, że panowie Janicki i Władyka zupełnie poważnie myślą, że mają rację. To środowisko po prostu uznało się kilkanaście lat temu (a może wcześniej?) za prawowitego posiadacza Polski. Jeśli ktoś owo prawo własności kwestionował, ten był łajdakiem, oszołomem i człowiekiem chorym psychicznie (jak Herbert w opinii Gazety Wyborczej). A przecież opinii takich ludzi poważnie traktować nie można. Dlatego ich zdanie odrębne można było spokojnie uznać za niebyłe. I co pozostaje po wyeliminowaniu poglądów owych nieodpowiedzialnych "strasznych ludzi"? Konsensus. Ten, którego tak dziś brakuje sierotom po III RP. "Niech jedzą ciastka" – tak błyskotliwie problem głodu paryskiej biedoty rozwiązała Maria Antonina (po tym gdy usłyszała, że powodem niepokojów społecznych jest brak chleba). Wygłosiwszy tę radę powróciła do swych codziennych obowiązków, święcie przekonana, że powiedziała coś mądrego a zarazem rozładowującego napiętą sytuację społeczną. Aktywiści Salonu (dziennikarze, politycy) podobne rady wygłaszali przez kilkanaście lat swoich nieograniczonych rządów. I także wierzyli w to, w co wierzyła nieszczęsna królowa Francji. Dla Królowej prawdziwe problemy i "nieznośny nieład społeczny" zaczęły się dopiero gdy śmierdząca paryska hołota okrutnie zmasakrowała oddział kadetów strzegących królewskiego pałacu. Wcześniej była sielanka… I tylko to niepokojące pytanie dlaczego doszło do wybuchu skoro było tak dobrze wciąż nie miało, dla Królowej, odpowiedzi. Tak samo jak panowie Janicki i Władyka nie mogą do końca zrozumieć jak to się stało, że nagle, w 2005 roku, wybuchła ta straszna nienawiść nad Wisłą… I kto to mówi Na koniec uwaga natury biograficznej. Współautor tekstu w Polityce, pan Wiesław Władyka, funkcjonuje w naszych mediach na zasadnie autorytetu. Jako osoba, która tygodnik postkomuny bierze do ręki wyłącznie w supermarkecie bardziej znam tego dziennikarza z fal agorowego radia Tok FM. Tam to, w piątkowe ranki, pan Wiesław masakruje kaczystów w towarzystwie Tomaszów Lisa i Wołka oraz Jacka Żakowskiego (chyba, dawno nie słuchałem). Ma on w tym towarzystwie pozycję szczególną. Zwłaszcza Tomasz Lis okazuje mu wielki szacunek i gdy pojawia się kwestia sporna jego właśnie prosi o rozstrzygnięcie sporu: Wiesiu, to jak to jest? I Wiesiu rozstrzyga, po czym wszyscy w studio oddychają z ulgą. Wiesław Władyka ma za sobą wiele lat walki o "pokój społeczny". Jak sądzę więcej niż chciałby pamiętać. Najdzielniej o jedność społeczeństwa walczył w stanie wojennym. Wtedy to zasilił zespół pisma uważanego za najobrzydliwszą gadzinówkę junty Jaruzelskiego. Pismo nosiło tytuł "Tu i teraz" i było organem najbardziej betonowego skrzydła PZPR. To tutaj wymierzone w ks. Popiełuszkę teksty publikował J.Urban (tak obrzydliwe, że musiał to czynić pod pseudonimem). Kto pracował w "Tu i teraz" nie mógł liczyć na uścisk dłoni człowieka przyzwoitego. Pan Wiesław Władyka tam właśnie publikował. Dzielnie walczył o zgodę narodową – taką, jak ją rozumieli panowie w mundurach. I faktycznie zgodę udało się Władyce i jego kumplom zaprowadzić. Tych, którzy zgody nie chcieli (odrzucili wyciągniętą na zgodę pałkę milicjanta) zamykano w obozach, częstowano kulą z kałasznikowa, topiono w zalewie pod Włocławkiem. Warto o tym pamiętać gdy się czyta piękne wezwania do zgody i jedności. Warto spojrzeć kto takie słowa pisze. I co w przeszłości miał na myśli gdy ich używał. http://tomaszlis.wp.pl/f,..._viewtopic.html
|
Każda żywa istota emituje sobie właściwą częstotliwość elektromagnetyczną . W momencie jej zaburzenia następuje stan zwany chorobą. Może to być ciężka choroba lub niedomaganie tylko , wszystko zależy od stopnia występującego zaburzenia w organiźmie. Również oddziaływając elektromagnetycznie można przywrócić dany organizm do zdrowia , albo zabić go. Jeżeli dostarczymy do organizmu falę zgodną w swej fazie z tą którą emituje organizm , to fale te zaczną sie sumować i jednocześnie nastąpi rezonans. Czyli nastąpi naprawa tej części widma które jest uszkodzone. Przy dostarczeniu tej samej częstotliwości fali ale odwróconej w swej fazie nastąpi dalsze pogorszenie, które nie musi , ale może prowadzić do śmierci danego organizmu.
Artykuł który tu załączam pomoże zrozumieć to zjawisko:
" Nowe spojrzenie na organizmy
Podstawa skrajnej wrażliwości.
Oczywiście pojęcie okołocząsteczkowych (perimolecular) pól energetycznych samo w sobie, czyli niezależnie od epistemologii lub homeopatii, ma znaczenie biologiczne: dzięki ich istnieniu pojawiają się interakcje umożliwiające komunikowanie się cząsteczek ze sobą.
Paolo Bellavite z Werony, jeden z tych badaczy, którzy zajęli się równolegle fizyką, biologią i medycyną, dał się poznać jako cierpliwy doradca, zainteresowany opracowaniem teoretycznego znaczenia wyników naszych doświadczeń.
Badając organizację żyjących systemów, współczesna fizjologia powinna w równym stopniu obejmować aspekt materii, energii i informacji. Już dzisiaj możliwe byłoby napisanie konwencjonalnego podręcznika fizjologii rozpatrywanej głównie z perspektywy interakcji energetycznych (np. energetycznego metabolizmu komórek, zmian napięcia błony komórkowej lub zjawisk obserwowanych w EEG lub EMG).6,p201
...jesteśmy tak blisko, a jednocześnie bardzo daleko, od zrozumienia jakiejś niezwykle ważnej prawdy na temat żyjącej materii, czegoś, co może zostać opisane na poziomie atomów przy zastosowaniu pojęć fizyki, bez odniesień do wspaniałej molekularnej fabryki i zachodzących w niej reakcji chemicznych.
Ross Adey18 Physiological signalling across cell membranes... W: Frölich H. (ed.) Biological Coherence and Response to External Stimuli, wiosna 1988.
Większość cząsteczek białek ma zdolność przechodzenia w różne stany konformacyjne, dzięki możliwości tworzenia różnych kombinacji wiązań wodorowych, mostków dwusiarczkowych i przy pomocy sił hydrofobowych. Aby doszło do przełamania barier energetycznych między jednym stanem a drugim, zmiany stanów muszą mieć charakter nieliniowy lub skokowy. Zatem proteiny są dynamiczną, drgającą strukturą, której komponenty stale podlegają drganiom trwającym od femtosekund (10-15) do kilku minut. Najbardziej znaczące drgania pojawiają się w systemach biologicznych w zakresie nanosekund. Należy podkreślić fakt, że w biologii wiele białek (a także innych substancji chemicznych, takich jak lipidy) jest zebranych w multi- lub polimeryczne grupy. W takich złożonych strukturach łatwo dochodzi do międzyatmowych interakcji, wskutek czego drgania mogą przenosić się koherentnie, co teoretycznie umożliwia przenoszenie informacji biologicznej.6,p41ff
Sygnały chemiczne i elektromagnetyczne padające na zewnętrzną powierzchnię komórki są przenoszone przez błonę komórkową dzięki zmianom konformacyjnym i ruchom oscylacyjnym protein, które mają domeny transbłonowe (transmembrane domains). Można zakładać, że kluczową rolę w tej transmisji odgrywają cząsteczki protein o strukturach włóknistych ukształtowanych spiralnie lub w postaci fałd. Takie struktury charakteryzuje wysoki stopień uporządkowania i rozmieszczenie w powtarzalnych sekwencjach, a także obecność wodorowych wiązań między resztami aminowymi sąsiadujących aminokwasów rozmieszczonych podłużnie wzdłuż włókna. Proteiny te charakteryzuje zdolność do rezonansu zgodnie z nieliniowym modelem drgań, wynikającym z interakcji z polami elektromagnetycznymi.
Prototypem tego typu receptora jest rodopsyna (czerwień wzrokowa), receptor światła w siatkówce, który zawiera 7 alfa-helis białkowych ułożonych w uporządkowany sposób, poprzecznie do planu błony, na której się mieści. W tym typie receptora-przetwornika, pobudzenie wynikające z absorpcji fotonu jest związane z pompowaniem protonu i ze stabilizacją potencjału błony.
Paolo Bellavite6,p.51f
Mój syn radośnie wspinał się z jednego kamienia na drugi. Pole lodowca skrzyło się bielą śniegu, a niebo nad granią było niezwykle błękitne. Zainspirowany obserwacją, którą zrobiłem w chwili, gdy dotarliśmy do szczeliny - „to jest przełom" - chłopiec bawił się w naszą specjalną grę „twardogłowiec".
„Ależ, mój drogi kolego, czy nie widzisz, że to jest zupełnie niemożliwe?!" - „Ale nasze dane, potwierdzenia badań z innych laboratoriów..." - „To jest dobre, ale niemożliwe." - „Spójrz tylko na sprawozdania..." - „To do niczego. Nie ma możliwości, żebyś zaobserwował coś takiego!" Jedenastoletni chłopiec uśmiechał się szeroko: „Nie ulegaj takimi nonsensom."
Takimi uwagami, wygłaszanymi z miną uniwersyteckiego profesora, przygotowywał mnie do bezowocnych dyskusji z poważnymi ludźmi. Ta zabawa ma również za zadanie uodpornić mnie na pokusy wynikające z publicznego uznania.
Mały Książę właśnie potknął się o wystający wierzchołek paproci i przekoziołkował. „To jest przełom" - skomentował poważnie. „Drogi kolego, to jest przełom."
„ Te doświadczenia mogą stanowić przełom dla badań nie tylko medycyny komplementarnej, ale również biologii i ogólnie nauk przyrodniczych " - napisał Fritz-Albert Popp z Kaiserslautern, który opracował naukowe podstawy badań nad biofotonami i biofizyki fotonów. Jego prace wyjaśniły fizjologiczne podstawy naszych obserwacji, z kolei nasze doświadczenia umocniły jego tezy. Popp zwrócił uwagą na obecność drgań w widmie światła widzialnego. Twierdzi on, że DNA gromadzi światło w jądrach komórek i je emituje, a zjawisko to jest nierozerwalnie związane ze strukturą DNA. W ten sposób dochodzi do generowanie pola energetycznego, które wpływa na cały organizm i koordynuje procesy życiowe. Zasadniczą cechą tego pola jest wysoki stopień uporządkowania, który wynika ze współzależności a nawet spójności tego pola.4;6,p.35 i dalej;12,p.177 i dalej; 18
Cyril Smith zajmował się drganiami w zakresach częstotliwości poniżej tych przebadanych przez Poppa; ich właściwości -jak sądził - są podobne. Badał on generowane przez te drgania pola kwantowe, które uważa za istotniejsze dla materii niż ich pole elektromagnetyczne.6,p.157 i dalej;12,p.187 i dalej;18
Gdy ja i mój syn założyliśmy już gogle, moje myśli powróciły do Fritza Poppa. Ten człowiek o błyszczących niebieskich oczach i z wieczną pięciodniową brodą, używając na wykładach jedynie kawałka kredy potrafił w swobodny sposób podawać słuchaczom treściwe, zwięzłe informacje.
Fritz napisał: Istnieje oczywista analogia wyników twoich badań ze zjawiskiem rezonansu i drgań. W przypadku nałożenia się (superpozycji) fal o takiej samej fazie (in-phase) powstaje dodatni rezonans i następuje wzmocnienie sygnału, podczas gdy superpozycja fal z odwróconą fazą (out-of-phase) prowadzi do negatywnego rezonansu i redukcji sygnału. Między lekiem homeopatycznym a organizmem zachodzi rezonans.
Z powodu jakichś drobnych pęknięć lodu związaliśmy się liną.
Oznacza to więc, że negatywny rezonans może zmniejszyć naturalne działanie tyroksyny, spowalniając rozwój kijanek. I przeciwnie: pozytywny rezonans mógłby nasilić jej działanie, pobudzając tym samym ich rozwój. Ta reakcja mogłaby zależeć zarówno od stanu początkowego organizmu, jak i od (indywidualnie dobranego) leku homeopatycznego oraz częstotliwości jego podawania.
Czy zjawisko rezonansu to reguła podobieństw?
Zadziwiające, jak bardzo chory organizm staje się wrażliwy na zewnętrzny bodziec, który toleruje dużo lepiej, gdy jest zdrowy. Odnosi się to w równym stopniu do szkodliwych czynników chemicznych, tj. substancji; naturalnych (leki, pokarmy, napoje, zapachy); wpływów fizycznych, tj. energetycznych (ciepło, zimno, światło, drgania) i psychologicznych (zmartwienia, smutek, troski, złość, niepokój). Z tego powodu należy uznać za prawdopodobne, że reakcje organizmu na różne formy terapii (chemiczne, fizyczne lub psychologiczne) wynikają z tej samej zasady reakcji.
Jako że homeopatyczną regułę podobieństw można zasadniczo wyjaśnić przy użyciu pojęć fizycznych, oczywistym polem poszukiwania takiej zasady reakcji jest biofizyka. Dzięki teorii drgań wiemy, że „podobieństwa" mogą kompensować się wzajemnie poprzez interferencje. Na przykład podobne fale, których faza różni się o pół długości fali, znoszą się; niezaprzeczalnie jest to przejaw fizycznej wersji reguły podobieństw, od dawna wykorzystywany w technologii. Drgania odgrywają jednak również ważną rolę w organizmach żywych. F.D.10
Według Fritza-Alberta Poppa i Marco Bischofa, chorobę charakteryzują zmiany w aktywności modulacyjnej (modulatory activity) organizmu. Twierdzą oni, że właściwie dobrany lek homeopatyczny działa na organizm, którego równowaga została zaburzona, w ten sposób, że wzbudza podobne do rezonansu interakcje między drganiami nałożonymi na lek i spójną siecią informacyjną ciała. Wierzą oni, że dzięki temu zaburzające drgania mogą zostać usunięte z organizmu na tej samej zasadzie, na jakiej oddziałują na siebie dwa kamertony.18
W doświadczeniu z pacjentami o elektromagnetycznej hiperwrażliwości Cyril Smith użył stale kontrolowanego generatora do określenia częstotliwości, przy której dana osoba wykazuje reakcją alergiczną. Kiedy później częstotliwości te ponownie wytwarzano w celach badawczych, zwykle uruchamiały oryginalnie obserwowaną reakcję. Zamknięta w ampułkach woda wystawiona na działanie takiego pola i w nim wstrząsana uzyskiwała zdolność wywoływania reakcji alergicznej. Ważnym odkryciem Cyrila (odkąd przestał się bawić we Frankensteina, a zaczął się starać pomóc pacjentom, którzy brali udział w jego doświadczeniach) było to, że przez dalsze potencjonowanie takiej wody mógł otrzymać lek właściwy dla danego chorego.18
Cyril wierzy, że pole magnetyczne Ziemi - bez którego, zgodnie z jego badaniami, homeopatyczne potencjonowanie nie byłyby możliwe - wpływa na poziomie kwantowym stabilizująco na każdy żywy organizm. Przypuszcza on, że potencjonowanie może powodować zmianę fazy nakładających się na aktywność modulacyjną organizmu częstotliwości, co na zasadzie sprzężenia zwrotnego modyfikowałoby regulacyjny wpływ pola geomagnetycznego. Kolejnym ważnym działaniem - według Cyrila -jest rozcieńczanie i wstrząsanie wywołującej alergiczną odpowiedź wody, w celu przebadania i ustalenia konkretnej potencji zapewniającej najlepszy możliwy efekt leczniczy w drodze negatywnego rezonansu. Twierdzi on, że „faza przemieszczenia" może być osiągnięta przy użyciu środków technicznych, czyli przez umieszczenie „przenoszonej" substancji i „przyjmującej" wody w specyficznych pozycjach względem zwoju elektrycznego.
Kolejną specjalnością inżyniera elektronika Cyrila Smitha jest zastosowanie transformatorów typu toroidu, które nie wytwarzają zewnętrznego pola elektromagnetycznego.
Nieelektromagnetyczny składnik pola („magnetyczny wektor potencji"12,p.193), którego istnienie początkowo jedynie przeczuwano w oparciu o podstawy teoretyczne i matematyczne, w tym przypadku został zastosowany do przenoszenia informacji.
Dla wszystkich powyższych kwestii zasadnicze znaczenie ma odpowiedź na pytanie: czy skrajnie słaby sygnał, zakodowany elektromagnetycznie jako wektor potencjału lub w jakiś inny sposób, emitowany z leku homeopatycznego, prawdopodobnie nawet zamkniętego w szklanej fiolce, może przedrzeć się przez wszechobecną wrzawę naturalnych i sztucznych szumów? Innymi słowy: jak to możliwe, że jest on „słyszany" przez organizm? Istnieją na ten temat różne teorie.
Po pierwsze, nawiązując do Rossa Adeya18, można przyjąć istnienie „okien" natężenia sygnału, poniżej i powyżej których, wiadomości nie są „rozumiane" przez organizm. Używając analogii: nie potrafimy zrozumieć wiadomości wyszeptanych zbyt cicho ani odszyfrować tych, które docierają do nas z ogłuszającym natężeniem.
Po drugie, istotne jest pytanie o stopień uporządkowania działających na organizm pól.
Aby zilustrować to zagadnienie, Cyril posługuje się przykładem wioślarzy. Jeśli ich wiosła są kompletnie splątane, łódź nie ruszy z miejsca, natomiast gdy wszyscy wiosłują rytmicznie i w tym samym kierunku - popłynie. Stajemy przed zagadnieniem stopnia uporządkowania drgań, współzależności między nimi, a zwłaszcza stopnia ich spójności decydującego o tym, czy są „słyszane" przez organizm, czy też giną w ogólnym szumie. Co więcej, wydaje się, że w rzeczywistości, aby skorelowane sygnały zostały dostrzeżone, potrzebują tła w postaci bezładnych szumów.
I na odwrót - o ile pamiętam, dowiedziałem się tego od Karla Kratky'ego i Herberta Klima - „duże" drgania ciała, takie jak bicie serca, rytm tętna lub fale mózgowe, nigdy nie powinny być całkowicie regularne jak rytm silnika; każda częstotliwość powinna się różnić w pewnym zakresie. Sztywność, niezmienność, jest martwa, bez życia.
Życie utrzymuje się w równowadze między chaosem a uporządkowaniem - powiedziałem do siebie.
Podczas gdy naturalny szum sprowadza się do dość pogmatwanej mieszaniny drgań, a sygnały techniczne są współzależne (skorelowane), ścisłą zgodność (coherence) osiągają tylko sygnały biologiczne.
Takie koncepcje jak teoretyczne modele kwantowe są czymś nowym w biofizyce, dotychczas w znacznym stopniu zdominowanej przez klasyczne modele mechaniczne.
Na czym polega koherencja (spójność) organizmów? Problem organizacji żyjących systemów może być przedstawiony następująco: Jak to możliwe, że organizm składający się z różnorodnych tkanek i komórek, a także astronomicznej liczby różnego rodzaju molekuł, rozwija się i funkcjonuje jako całość? Jak potrafi zdobyć energię w dowolnym czasie, kiedykolwiek i gdziekolwiek jej potrzebuje, i to w doskonale skoordynowany sposób? Według idei, która wyłoniła się ponad dwadzieścia lat temu, na tym właśnie polega spójność. Podczas gdy w obrębie teorii kwantowej znaczenie spójności jest określone, trudności pojawiają się, gdy próbujemy odnieść to pojęcie do złożonego, żyjącego systemu, z wysoce zróżnicowaną strukturą czasoprzestrzeni.
Zajmując się problemem żywych organizacji z perspektywy bioenergetycznych związków w termodynamice, stwierdzono, że pewne główne cechy mobilizacji energetycznej w żyjącym systemie - jej wydajność i szybkość - można wyjaśnić symetrycznie sprzężonymi, cyklicznymi przepływami zmagazynowanej energii ponad wszystkimi obszarami czasoprzestrzeni. Dochodzi do tego tam, gdzie istnieje możliwość pojawienia się koherencji (spójności), w postaci krytycznych faz przejściowych. W ten sposób dochodzimy do idei Fröhlicha dotyczących zgodnego pobudzenia, a w końcu - kwantowej spójności. Termodynamiczny opis zarówno prowadzi do, jak i zbiega się z, opisem opartym właśnie na kwantowej spójności. Żywy system jest maksymalnie wydajny, kontaktowy, czuły i przede wszystkim produktywny aż do osiągnięcia najwyższego stopnia korelacji między tym, co lokalne, a tym, co globalne, czyli najwyższego poziomu lokalnej swobody. Gdy przestanie się to traktować jak paradoks, można uchwycić znaczenie organicznej całości lub spójność (coherence) organizmów.
Mae-Wan Ho6,p.17
Herbert Klima18 z Wiednia, fizyk atomowy i dawny student Poppa, wraz z Pascalem Jordanem zwrócili uwagę na to, że modele ustalone przez fizyków kwantowych, chociaż niełatwe do wyobrażenia, są użyteczne, jeśli chcemy uzyskać w miarę rozsądny poziom zrozumienia systemu biologicznego. Współcześnie naukowcy zaczynają dostrzegać, że modele wynikające z klasycznej dziewiętnastowiecznej fizyki okazują się nieprzydatne dla oddania istoty zjawiska biologicznego i fizycznego, w którym centralną rolę odgrywają samoorganizacja, związki nielinearne itp..
Fizyka przeszłości jest odpowiednia dla pojmowania struktur, ale nie dla zrozumienia zorganizowanego, uporządkowanego funkcjonowania aktywnego biosystemu.
G.J. Hyland
Jak już powiedziano, coraz lepiej zdajemy sobie sprawę z tego, że postulaty pól elektromagnetycznych najprawdopodobniej nie dają szczególnie wyrafinowanych odpowiedzi na stawiane przez nas pytania. Cyril Smith, który wspólnie z Simonem Bestem w 1990 r. napisał książkę zatytułowaną „Electromagnetic Man ", oddaje teraz w nasze ręce jej kontynuację - „Quantum Man". Oto jego problem: jak doświadczalnie zilustrować powiązania między zdarzeniami elektromagnetycznymi a kwantowo-mechanicznymi? Zadanie dla przyszłych pokoleń... Dopóki nie znajdziemy odpowiedzi, na te same trudności napotkamy zajmując się naszym paradygmatem elektromagnetycznym. Jesteśmy jak ślepiec, który musi po omacku, przy pomocy laski, pokonywać swoją drogę. Jak wiele jest wokół niego przedmiotów, których nie dostrzega!
Zastanawiam się, czy powinniśmy włożyć raki. Wkrótce znajdziemy się w cieniu grzbietu, co może oznaczać, że będziemy musieli przejść przez twardy firn. Życie w równowadze między chaosem a uporządkowaniem, pomyślałem. Czas na raki.
Podczas jesiennego spaceru w Castle Mountain w Graz, Marco Bischof przedstawił mi to zagadnienie z innej perspektywy.
Odpowiednie „środowisko", które umożliwia działanie homeopatii, może prawdopodobnie przypominać pola kwantowe, znane również jako „pola informacyjne" (guidance fields) Bohma, wskazujące na ile prawdopodobne są pewne zdarzenia lub jaka jest szansa ich pojawienia się.
Podczas tego spaceru poruszyliśmy również temat idei „synchroniczności" C.G. Junga. Graz Castle Mountains ze swoimi 260 stopniami były również miejscem mojej pierwszej rozmowy z Haraldem Walachem na ten temat; o jej przebiegu opowiem później (rozdział 4.2.).
Przez ostatnie lata mój starszy syn regularnie prosił: „Powiedz mi, nad czym teraz pracujesz.". Obaj cieszyliśmy się faktem, że początkowo, mogłem prowadzić badania w domu, a później tylko kilka kroków dalej. W Instytucie Zoologii brakowało miejsca, w Instytucie Boltzmanna również.
[Mój starszy syn, jego kuzyni, a później także mój młodszy syn sprawili, że w moim życiu zawodowym i prywatnym nie pojawiło się nic takiego jak „wyobcowanie” ( patrz rozdział 1, Karl Marx i prace Ericha Fromma). Chciałbym skorzystać tu z okazji, żeby im za to podziękować.]
Odpowiedziałem: „W wodzie możesz pisać jak w książce. Istoty ludzkie i kijanki mogą to przeczytać.” „Dlaczego to jest ważne?” „Ponieważ możesz ‘wpisać’ część leku w wodę. Żeby doprowadzić do wyzdrowienia.” „Ale dlaczego nie można przyjąć bezpośrednio (bez pośrednictwa wody)?” „Czasami można , lecz czasem lepiej, jeśli zostanie on wpisany w wodę. Działa wtedy delikatniej i głębiej. Zdrowiejesz i pozostajesz zdrowy, jeśli woda zadziałała dogłębnie i delikatnie”. „Mam nadzieje” – podsumował.
Poza takimi luźnymi rozmowami, dzieci przypomniały mi o czymś, co robiłem podczas rysowania z natury, zgłębiania nauki i podczas medytacji: o przedstawianiu rzeczy takimi, jakimi są a nie w sposób, w jaki zwykliśmy o nich myśleć. Tak więc dla mojego małego synka pies stanowczo nie mówił „hau, hau” , jak to się przyjęło. Jego pies brzmiał znacznie bardziej autentycznie.
Bezpośrednie uchwycenie światła przez niemowlę dokonuje się jako pierwsze zanim w pełni rozwiną się obiektywizm i poczucie rzeczywistości jako czegoś odrębnego … Podczas procesu wykształcania się świadomości z prymitywnej nieświadomości, świat jest odbierany jako odpychający … Dzieje się tak do chwili, gdy świadomość nauczy się otwierać – wówczas sprzeczność między świadomością, a nieświadomością zanika (znowu).
Erich Fromm i inni (eds.) Zen Buddhism and Psychoanalysis, Allen and Unwin, 1960 "
|
|